Dobry kryminał nie jest zły

Wpis

niedziela, 20 stycznia 2013

"Zagadka Błękitnego Ekspresu"

Gwałtowne uczucia, wielkie pieniądze, drogocenne klejnoty - każdy z tych czynników może stać się motywem zbrodni. Gdy wystąpią jednocześnie, muszą doprowadzić do tragedii...

 

Amerykański milioner, Rufus Van Aldin, bardzo cierpiał z powodu nieudanego małżeństwa swojej córki Ruth. Mężczyzna starał się wspierać nieszczęśliwą mężatkę i namawiał ją do wzięcia rozwodu z nikczemnym partnerem, którego osobiście miałby ochotę, jak sam twierdził, zniszczyć. Zdesperowany ojciec miał ku temu nie tylko gigantyczne środki, lecz także dobre podstawy – zięć nie tylko był widywany z wątpliwej reputacji (a jednocześnie dosyć kosztowną) tancerką, ale również borykał się z ogromnymi trudnościami finansowymi, które ojciec jego żony był w stanie bez najmniejszych problemów pogłębić. By nieco poprawić samopoczucie swojej córki, podczas jednej z wypraw do Paryża Van Aldin nabył niezwykle cenne klejnoty, którymi potem obdarował jedynaczkę. Poruszając z nią w dyskusji temat rozwodu, milioner zauważył jednak, że córka podchodzi do niego z rezerwą, jakby chciała coś ukryć przed ojcem. Okazało się, że Ruth także nie jest kryształowo czysta – odnowiła ona znajomość ze swoją pierwszą miłością, hrabim de la Roche, z którym to ojciec bezpardonowo rozłączył ją w przeszłości, gdyż dla niego był on jedynie oszustem polującym na pieniądze dziedziczki wielkiej fortuny. Amerykanin nie mógł zrozumieć, jak jego – wydawać by się mogło – rozsądna, konkretna i twardo stąpająca po ziemi córka daje się zwodzić takiemu łajdakowi. Tymczasem Ruth wybierała się na Riwierę. Ojciec przestrzegł ją przed podróżą, by nie zabierała ze sobą nowych klejnotów, gdyż – jak stwierdził półżartem – nie chciałby, by została przez nie okradziona i zabita. Córka milionera podróżowała na południe Francji luksusowym pociągiem, znanym jako Błękitny Ekspres. Bardziej lub mniej przypadkowo, w pociągu tym jechali także mąż Ruth, Derek Kettering, jego obecna partnerka, tancerka Mirelle oraz... Hercules Poirot. W Paryżu Ruth dosyć niespodziewanie odprawiła podróżującą z nią pokojówkę i kontynuowała podróż samotnie. Jednak nie dojechała do celu - tuż przed Cannes została ona znaleziona w swoim przedziale martwa.

„Zagadka Błękitnego Ekspresu” (w innych wydaniach „Tajemnica Błękitnego Ekspresu”, w oryginale „The Mystery of Blue Train”) została wydana w 1928 roku i należy do najwcześniejszych powieści Agathy Christie. W pierwszej chwili wydawać się może, że będzie ona mieć wiele wspólnego z napisanym kilka lat późnej „Morderstwem w Orient Expressie”, ale obie powieści łączy jedynie motyw morderstwa dokonanego w pociągu. I oczywiście osoba detektywa – obie sprawy prowadzi niezrównany Hercules Poirot. Zgodnie z tym, co napisano w wikipediowych ciekawostkach, Agatha Christie nie była zadowolona z tej książki i uważała wręcz, że nie powinna była oddawać jej do druku. Tak ostra opinia samej autorki może dziwić, zwłaszcza, że „Zagadkę Błękitnego Ekspresu” czyta się dobrze i nie jest łatwo znaleźć jakiś poważny powód, przez który mistrzyni kryminału mogła być aż tak bardzo rozczarowana całokształtem powieści. Jednak faktycznie, da się w tej książce wyłapać kilka rzeczy, które mogą nieco zaskoczyć czytelnika in minus i które rzucą się w oczy zwłaszcza osobom mającym już niejedną powieść angielskiej pisarki na rozkładzie. Część z nich zwraca uwagę od razu w trakcie czytania, inne zastanawiają już po jego zakończeniu, gdy można na powieść spojrzeć bardziej kompleksowo. Ale po kolei.

Sama powieść to typowy „whodunit” - na początku mamy wprowadzonych kilka wątków obyczajowych, ale od momentu odkrycia zbrodni to śledztwo i poszukiwanie mordercy będzie wątkiem głównym, pozostawiającym wszelkie sprawy poboczne daleko, daleko z tyłu. Jak to zwykle bywa, prowadzący sprawę śledczy mają hipotezę-faworyta, którą chcą za wszelką cenę udowodnić, podczas gdy Poirot od razu widzi jej słabe strony i poszukuje innych wersji wydarzeń. W związku z tym, że jedynym argumentem detektywa przeciw narzucającemu się na pierwszy rzut oka rozwiązaniu będzie prawdopodobieństwo psychologiczne (a raczej jego niski poziom), detektyw musiał będzie porządnie się napracować, by przewrócić ustalenia śledczych do góry nogami. Jednocześnie, policjanci nie są negatywnie nastawieni do pracy Poirota, jak to się czasem zdarza, raczej przyjmują jego pomoc z zadowoleniem, choć nie rozumieją, dlaczego nie jest on przekonany co do takiej – wydawałoby się – oczywistości. Jednak sam Poirot dopiero wtedy wpada na pomysł tego, jak mógł wyglądać przebieg morderstwa, gdy broniąca rozpaczliwie ukochanego młoda kobieta sugeruje co tylko się da, byle odsunąć podejrzenia od mężczyzny uznanego przez śledczych za przestępcę. Osobom, dla których „Zagadka Błękitnego Ekspresu” nie jest pierwszą lekturą z Poirotem, od razu rzuci się w oczy ta dosyć dziwna „pomoc” - na ogół Poirot nie potrzebował doradców tego typu, by wpadać na tak oczywiste (w sensie – możliwe do zaistnienia) rzeczy, zwykle sam brał pod uwagę wszystkie możliwości i różne warianty przebiegu zbrodni już na wstępnym etapie śledztwa. Owszem, detektyw bardzo często dzięki rozmowom z różnymi ludźmi rozszyfrowuje zagadki, zdarza mu się dziękować innym za pomoc i wskazówkę, ale raczej dlatego, że jego rozmówcy nieświadomie zbyt wiele mu zdradzili, dzięki czemu dopasowali pewne fragmenty do jego układanki, a nie na zasadzie „Aha! To lokaj!” - jak w pewnej reklamie. Tutaj młoda kobieta mówi „a może było tak i tak” i Poirot stwierdza „a no, może faktycznie. Bardzo mi pomogłaś, bez ciebie bym tego nie rozwiązał”. Mocno to nie w jego stylu, jeszcze przez moment miałam nadzieję, że tylko chciał być w ten sposób miły dla nieszczęśliwie zakochanej (a Poirot jest wrażliwy na tego typu krzywdę), ale potem jeszcze o tym wspominał, choć już nie musiał, jakby potwierdzając, że faktycznie to panna naprowadziła go na właściwe tory. Czyli w skrócie: siedzący w sprawie po uszy rewelacyjny detektyw myśli, myśli i nic nie może zadowalającego wymyślić na temat jednej bardzo istotnej kwestii, gdy tymczasem pewna młoda dama, która tym pociągiem nie jechała, nie ma nic wspólnego z ofiarą i o całej sprawie dowiedziała się dużo później, nie mówiąc nic o tym, że nie może znać szczegółów dotyczących śledztwa, nagle poddaje detektywowi ważny trop i zasadniczo zmienia jego spojrzenie na przebieg wydarzeń. Na szczęście ta młoda dama nie wiedziała dokładnie, kto i jak, zasugerowała jedynie pewną opcję, więc Poirot mógł już na własną rękę dojść do tego, jak jej luźna uwaga miała się do uczestników dramatu i kogo tak naprawdę pogrążyła. I druga rzecz do uchwycenia dla zorientowanych w pracy Poirota – z jego słów wynika, że mieliśmy do czynienia ze zbrodnią w sumie doskonałą, a morderca wpadł, gdyż źle ulokował swoje uczucia i próbując po dokonaniu morderstwa zdobyć ich obiekt przez przypadek i niejako przy okazji się pogrążył. Poirot sugeruje, że tylko pewien detal w zachowaniu jednego człowieka sprawił, iż zrozumiał on, że zbrodnia miała inny przebieg, niż to się początkowo wydawało. Trochę to mało prawdopodobne do Poirota, który zwykle znajduje słabe punkty zbrodni samej w sobie, jakiś nieuprzątnięty dowód, jakąś drobną nieścisłość w zeznaniach, jakieś niewyjaśnione wydarzenie – tutaj wygląda na to, że rzeczą, która tak naprawdę zdradziła mordercę jest fakt, iż zdecydował się on na pozbycie za jednym zamachem konkurencji, co zwróciło uwagę Poirota. Jasne, takie motywy pojawiają się także w innych powieściach Agathy Christie, ale na ogół stanowią raczej potwierdzenie podejrzeń i układają się w logiczną całość z innymi szczegółami zbrodni. W tym przypadku jest to w sumie jedyny poważny błąd popełniony przez przestępcę, podczas gdy wszystkie inne poszlaki wcześniej nie dają podstaw do wysnucia właściwej hipotezy. Gdy już Poirot zorientował się, co się stało, to zaczął wyciągać swoje króliki z kapelusza jeden za drugim – nagle skądś się dowiedział, że musi podpytać pewnego eksperta o środowisko artystyczne, od pewnego – nazwijmy go - handlowca dostaje pseudonim do zbadania, pewnych służących zastrasza i ciach! Jest rozwiązanie. Tyle tylko, że na ogół wszelkie czynności tego typu (nagłe zainteresowanie osobą, która nie występuje w całej historii, pewność, że pewien mężczyzna wrócił do domu później, niż mówi, itp.) są potem wyjaśnione - skąd się wzięły, dlaczego Poirot poszedł tym tropem, czemu pewnych rzeczy nie zrobił wcześniej, itd. Tutaj tego nieco brakuje, tak do końca nie wiadomo, skąd Poirotowi przyszło do głowy wyciąganie informacji na temat artystów albo dlaczego nagle sam postanowił rozmówić się ze służącymi i co to w sumie miało dać, poza potwierdzeniem pewnych jego podejrzeń, które i tak nie wnosiły niczego nowego do rozwiązania zagadki. Ze spraw pobocznych zwraca uwagę fakt, iż kilka wątków obyczajowych jest albo dosyć niespodziewanie zakończonych, albo nieco nierozwiniętych, choć miały ku temu niezły potencjał, albo w ogóle mało wnoszących cokolwiek do całej opowieści. Czemu w takim razie powieść zdecydowanie nie jest aż tak zła, by rozważać możliwość jej nieoddania do druku, a czytanie jej sprawia prawdziwą przyjemność? Jak już wspomniałam, sama intryga kryminalna, przebieg zbrodni i zacieranie śladów przez mordercę są naprawdę zaskakujące, skonstruowane niezwykle zręcznie, dopracowane co do szczegółów i bardzo przemyślane. Ostateczne rozwiązanie nie jest łatwe do rozszyfrowania, choć osoby znające twórczość Agathy Christie dojrzą kilka szczegółów, na które warto zwrócić uwagę. Sprawę komplikuje fakt, że oprócz morderstwa w powieści mamy do czynienia z próbą popełnienia jeszcze jednego przestępstwa, co będzie starał się ukryć niedoszły przestępca, więc cała historia jest nieco bardziej złożona i wymaga od czytelnika dużego skupienia, co jest dodatkowym wyzwaniem dla osób starających się rozwiązać zagadkę przed Poirotem. Oprócz tego, Agatha Christie jak zwykle zadbała o wysoki poziom swojej powieści poprzez dbałość o język, wprowadzenie różnorodnych postaci, w tym tak barwnych jak malownicza kuzynka panny Grey czy też temperamentna Mirelle, nienachalny wątek romansowy, kilka ciekawych obserwacji obyczajowych. Dużym atutem książki jest także oczywiście Hercules Poirot sam w sobie, wprawdzie obdarzony niewielką sympatią przez pisarkę (może i z jego powodu była zła na siebie za oddanie tej książki do druku...), ale będący najbardziej charakterystyczną, znaną i lubianą postacią spośród zbioru wykreowanych przez nią bohaterów.

Czy warto więc sięgnąć po tę lekturę? Jak najbardziej. Część słabszych stron rzuci się w oczy raczej tylko tym, którzy już poczytali sobie trochę historii z Poirotem, pewne niedociągnięcia wątków pobocznych, obyczajowych można wybaczyć, gdyż priorytetem powieści tego typu jest intryga kryminalna, całość naprawdę czyta się bardzo dobrze, a rozwiązanie zagadki może wynagrodzić pewne wady tej powieści. Warto się również osobiście przekonać, czy tak ostra opinia Agathy Christie o własnej książce miała swoje uzasadnienie.

2013/01/20 19:01:56

Szczegóły wpisu

Tagi:
Autor(ka):
letniewino
Czas publikacji:
niedziela, 20 stycznia 2013 19:01

Polecane wpisy