Dobry kryminał nie jest zły

Wpis

wtorek, 19 lutego 2013

"Niemy świadek"

Gdy umiera bogata, bezdzietna, starsza pani, spadkobiercy jej majątku krążą wokół niczym sępy. Zwłaszcza, jeśli zaczęli nieczystą grę jeszcze za jej życia.

 

Emilia Arundell była majętną kobietą po 70-tce, od wielu lat uskarżającą się na dolegliwości wątrobowe, a przy tym pozbawioną złudzeń – członkowie jej najbliższej rodziny: bratanek, bratanica i siostrzenica z mężem, nie mogli się doczekać, kiedy opuści ona ten świat i pozostawi im ogromny spadek, który każdemu z nich był niezwykle potrzebny. Wszyscy oni byli spadkobiercami majątku starszej pani, co poświadczał sporządzony przez nią testament. Gdy pewnego dnia członkowie rodziny zjechali na wizytę do ciotki, by dopilnować swoich interesów i być może uszczknąć co nieco z ciocinego majątku jeszcze za życia, Emilia uległa wypadkowi domowemu – spadła z wysokich schodów potykając się o piłkę zostawioną przez psa. Szczęśliwie, panna Arundell przeżyła upadek, lecz zaczęła się dziwnie zachowywać: wygłaszała niezrozumiałe uwagi, zdecydowała się na zmianę testamentu, przypisując cały majątek swojej damie do towarzystwa i napisała list do Herculesa Poirota. Gdy słynny detektyw otrzymał list, nie mógł się z niego zbyt wielu rzeczy dowiedzieć, poza tym, że panna Arundell czegoś się obawia, że ma jakieś podejrzenia, których nie chciała zdradzić w liście i że prosi o dyskretne dochodzenie w nie do końca wiadomo jakiej sprawie. Towarzyszący Poirotowi podczas czytania listu Hastings chciał wyrzucić list do kosza, dochodząc do wniosku, że jest on „długaśnym bajdurzeniem o niczym” i że pewnie „wyrządzono krzywdę jakiemuś jej spasionemu pieskowi salonowemu”, lecz detektyw – o dziwo – zamiast pozbyć się mało klarownej wiadomości przeczytał ją po raz drugi. Jego uwagę zwróciła dosyć istotna rozbieżność dat – list został napisany 17 kwietnia, a do londyńskiego mieszkania Poirota dotarł on 28 czerwca. W związku z tym, iż rzecz dzieje się w Anglii, gdzie nikt w takich sytuacjach nie stwierdza, że po prostu „poczta u nas powolna”, małemu Belgowi wydało się to dosyć dziwne i wymagające zbadania. Postanowił on więc wybrać się na miejsce wraz z Hastingsem i osobiście sprawdzić, co było powodem tej zaskakującej zwłoki. Na miejscu obaj mężczyźni dowiedzieli się, że panna Arundell zmarła 1 maja, a lekarz potwierdził, że zgon był wynikiem długoletniej choroby i nie miał nic wspólnego z wypadkiem. Jednak podczas oględzin domu Poirot znajduje pewien detal, przez który nabiera podejrzeń co do incydentalnej natury upadku ze schodów i wszczyna prywatne śledztwo.

Agatha Christie do perfekcji opanowała sztukę konstruowania kameralnej intrygi kryminalnej, która niemal do samego końca trzyma czytelnika w napięciu i mimo pojawiania się pewnych przekonujących dowodów, poszlak i związków przyczynowo-skutkowych, nie pozwala mu na stwierdzenie z całą pewnością, kto brał udział w zbrodni, zanim nie zrobi tego prowadzący śledztwo. W większości powieści angielskiej pisarki mamy do czynienia z małą liczbą podejrzanych, zbrodnią w którą uwikłani są członkowie rodziny lub znajomi ofiary, dosyć oczywistymi motywami, a mimo to niemal każda sprawa zaskakuje, a czytelnik i tak na coś da się nabrać, bo jeśli nawet trafnie wytypował mordercę, to tak naprawdę nie był w stanie tego wystarczająco uzasadnić i logicznie powiązać ze wszystkimi zeznaniami, śladami i przedstawionymi alibi, co podważało jego wiarę w wybrane rozwiązanie w miarę rozwoju akcji powieści. Idąc dalej: jeśli wczytywał się w zeznania, to przeoczył jakiś drobny szczegół z miejsca zbrodni, jeśli starał się dokładnie podążać za znalezionymi dowodami na miejscu zbrodni, to zapomniał o aspekcie psychologicznym, jeśli aspekt psychologiczny wydał mu się zbyt oczywisty i odrzucił nasuwające się rozwiązanie jako zbyt proste, żeby było prawdziwe, to potem się okazało, że tak właśnie było, bo któż inny mógłby zrobić coś takiego, itp., itd. Czytanie powieści pisarki przypomina grę w szachy z prawdziwym mistrzem – człowiek stara się przewidzieć jego ruchy, zastosować znane schematy, przypomnieć sobie, jak z nim przegrał ostatnim razem i omijać popełnione wtedy błędy, ale to wszystko na nic – mistrz jest na ogół górą. Na nic także zda się fakt, że autorka napisała prawie 100 powieści i opowiadań kryminalnych, z czego większość tego typu (kameralne sprawy domowe) i już musiała się powtarzać, powielać własne pomysły, korzystać ze znanych rozwiązań - człowiek i tak zawsze zostanie tak skołowany, że nie zauważy, kiedy rozwiązanie pojawi mu się przed oczami. Tak też się dzieje w tej powieści: po odkryciu rozwiązania wszystko wydaje się tak oczywiste, tak proste, że aż dziw bierze, że człowiek na to w trakcie czytania nie wpadł, a jeśli nawet wpadł, to przy okazji niesłusznie zrobił z kogoś wspólnika mordercy albo zbyt długo trzymał się jednego szczegółu, chociaż ten okazał się mocno nieistotny, albo w ogóle sobie wymyślił jakieś karkołomne intrygi. Powieść jest tak napisana, by wprowadzać w błąd, a przynajmniej nie ułatwiać zbytnio rozwiązania zagadki, pomimo tego, iż mamy mniej więcej tę samą wiedzę, co detektyw i nikt celowo nie podsuwa czytelnikowi fałszywych tropów. Nie musi – czytelnik sobie sam podsunie wszystko, co trzeba, by wyprowadzić siebie w pole, chociaż Poirot mówi wyraźnie: zwróć uwagę na to i na to, wytęż szare komórki, usystematyzuj wiedzę i wyciągaj wnioski. Agatha Christie doskonale wiedziała, w którą stronę najprawdopodobniej pójdzie tok myślenia czytelnika, gdy na przykład pewne informacje będzie miał on zaakcentowane i podane na talerzu, a inne ukryte w urwanych zdaniach i półsłówkach. Doskonale wyczuwała, na co czytelnik zwróci niechybnie uwagę, a co przeoczy lub uzna za nieistotne. Autorka bawiła się z czytelnikami swoich książek raz czyniąc zbrodniarzem osobę rzucającą się w oczy od razu, tak oczywistą, że aż najmniej podejrzaną, innym razem wybierając na kata pozorną ofiarę lub osobę niby nie mającą powodów do popełnienia zbrodni, która nagle okazywała się być zupełnie kimś innym, niż to się początkowo wydawało. W ten oto sposób, pomimo – wydawać by się mogło – niezbyt dużego skomplikowania sprawy, czytelnik musi się nieźle wysilić, by w ogóle pójść we właściwym kierunku dedukcji, nie mówiąc o tym, że musi mieć otwarty umysł, a także porzucić wszelkie z góry wyciągnięte, pochopne wnioski, by nie dopasowywać sobie faktów do hipotez, tylko na podstawie faktów je konstruować.

Jeszcze wtrącę tylko, iż bardzo podoba mi się podejście Agathy Christie do zjawisk paranormalnych, które w tej książce się pojawią. Poirot prosi Hastingsa, by ten się nie uprzedzał i z góry wszystkiego nie potępiał, choć sam nie do końca wierzył w widzenia sympatycznych i ekstrawaganckich starszych pań. Co więcej – przebieg pewnego seansu spirytystycznego rzeczywiście pomoże detektywowi w rozwiązaniu zagadki, ale wszystko to odbędzie się w sferze racjonalnej, jak najbardziej wytłumaczalnej i absolutnie do przyjęcia dla tych, którzy nie przepadają za wtrącaniem elementów nadprzyrodzonych do klasycznego kryminału. Komu więc nie pasuje obecność tego typu motywów w powieści detektywistycznej i niezbyt się ucieszy czytając o takich rzeczach w tej książce, niech się nie zniechęca – wszystko, co ważne dla sprawy, rozegra się w naszym świecie, a Poirot nie otrzyma znaku z zaświatów.

No i cóż tu jeszcze napisać... Pozostaje jedynie zaproszenie na kolejną partię szachów z Kasparowem kryminału, tym razem pod tytułem „Niemy świadek”.

2013/02/19 00:01:41

Szczegóły wpisu

Tagi:
Autor(ka):
letniewino
Czas publikacji:
wtorek, 19 lutego 2013 00:01

Polecane wpisy