Dobry kryminał nie jest zły

Wpis

piątek, 26 kwietnia 2013

"Niewierni"

Kilka wątków w powieści „Nielegalni” sprawia wrażenie niedokończonych lub niedopowiedzianych. Nieprzypadkowo. Ich ciąg dalszy lub wyjaśnienie znajdziemy w drugiej książce Vincenta V. Severskiego – „Niewierni”.

 

W związku z tym, że „Niewierni” to kontynuacja „Nielegalnych”, prezentowanie zarysu fabuły jest wysoce niewskazane, gdyż mogłoby zdradzić zakończenie pierwszej powieści tym osobom, które jej jeszcze nie czytały. Jednak warto wspomnieć, iż do znanych już spraw i bohaterów dołączają terroryści z IRA oraz… Koreańczycy z Północy, a to już jest temat bardzo na czasie obecnie. Akcja powieści rozgrywa się wprawdzie w roku 2011, ale stwierdzenia takie jak „…są ludzie, którzy uważają, że rozstawienie najważniejszych figur na szachownicy Dalekiego Wschodu, takich jak Chiny, Japonia, USA czy Korea Południowa, jest dla nas w tej chwili mało korzystne i że powinniśmy poczekać, aż Kim jeszcze mocniej wszystkich postraszy swoją bombą atomową” przyciągają dziś szczególną uwagę. Tak jak w przypadku części pierwszej, pamiętajmy, że autor jest byłym oficerem wywiadu i w całkowicie fikcyjne wydarzenia fabularne wplótł nie tylko prawdziwe tło polityczno-historyczno-strategiczne, ale także, być może, jakieś elementy spraw autentycznych.

Co się od razu rzuci czytelnikom w oczy, to fakt, iż „Niewierni” są zbudowani w ten sam sposób, co „Nielegalni” – w powieści mamy kilka równolegle prowadzonych wątków, coraz bardziej zazębiających się, każdy rozdział przenosi nas w inne miejsce i do innych bohaterów, by ostatecznie skumulować się w myśl zasady, że wszystkie drogi prowadzą do… no powiedzmy, że do jednego z zachodnioeuropejskich państw. Konstrukcja intrygi jest tutaj o wiele bardziej skomplikowana, niż w „Nielegalnych”, a sposób, w jaki poszczególne wątki łączą się ze sobą – niezwykle przemyślany, przypominający nieco rozważną budowę rozwiązania zagadki zbrodni w klasycznych kryminałach. Do jednej z największych zalet powieści należy fakt, iż, w przeciwieństwie do „Nielegalnych”, gdzie poruszaliśmy się w strefie stosunków bilateralnych (Polska-Rosja, Szwecja-Rosja), w „Niewiernych” mamy do czynienia ze sprawami o charakterze globalnym, nawet jeśli wydarzenia bezpośrednio z nimi związane rozgrywają się w jednym czy dwóch państwach. Wyścig po radzieckie archiwum czy życie szwedzkiego nielegała znane z „Nielegalnych” stanowią naprawdę lekką przystawkę przed tym, co na główne danie zaserwował nam autor w kontynuacji swojej debiutanckiej powieści. W „Niewiernych” sprzęgają się jedne z najbardziej palących problemów współczesnego świata, a bohaterowie książki zaangażowani są w walkę na kilku znaczących frontach. Kolejnym atutem książki jest fakt, iż autor nie skupił się na widowiskowości opisywanych przez siebie wydarzeń, a w związku ze szczególnym charakterem intrygi (czy też intryg) mamy w tej powieści kilka spektakularnych momentów, jak przystało na rasową powieść szpiegowską czy sensacyjną. Owszem, pościgi czy strzelaniny są istotnym elementem zaprezentowanej na kartach książki historii, ale nie one grają tu główną rolę. Niezwykle dopracowane jest także tło akcji, czasem wręcz z pedantyczną drobiazgowością. Niezależnie od tego, w jakim miejscu będziemy śledzić losy poszczególnych bohaterów, miejsce to zostanie nam bardzo dokładnie odmalowane, nie tylko co do jego cech geograficznych i fizycznych, lecz także wrażeń, jakie wywiera na przybyszach, skojarzeń, które przywołuje, symboliki, którą w sobie zawiera, itp.

Książka posiada kilka tych samych zalet, co „Nielegalni”, wypunktowanych przeze mnie już w poprzednim wpisie. Bohaterowie są bardzo różnorodni i bardzo charakterystyczni. Każdy jest zapamiętywalny, wyróżniający się, nie do pomylenia z kimś innym. Czasem bywają wręcz karykaturalni, jak pewien dyplomata z rosyjskiej ambasady, ale to również dzięki nim powieść nabiera indywidualnych cech. Bohaterowie nie przesadzają z przekleństwami, nie rzucają wulgaryzmami na prawo i lewo (choć czasem jest to konieczne – Rosjanie, wiadomo), język powieści można uznać za rzeczowy, dobrze dostosowany do opisywanych wydarzeń i całkiem elegancki. Autor prezentuje nam racje obu (czy raczej: kilku) stron nikogo nie faworyzując, nie przedstawia nikogo w sposób jednowymiarowy, daje poszczególnym postaciom wyrazić wszystko ze swojej perspektywy, nawet ideologię i cele „tych złych” przedstawia z pewną dozą zrozumienia. Nie oznacza to oczywiście akceptacji dla zabijania niewinnych ludzi czy też walki ogniem i mieczem, ale mamy możliwość zastanowienia się, jak to wszystko wygląda po drugiej stronie barykady, co kieruje ludźmi porywającymi się na tak straszne rzeczy. Ponadto, nie zawsze jest łatwo dokonać jednoznacznej oceny poszczególnych postaci. Na przykład: grupa osób jest ścigana przez żądnego zemsty żołnierza. Ich postępowanie było nieludzkie i okrutne, ale ono także było rezultatem zemsty za wyrządzone im krzywdy. Trudno definitywnie wyrokować w takich sytuacjach, kto jest dobry, a kto zły, kto katem, a kto ofiarą. Jedno jest pewne - gdy odpowiedzią na przemoc jest jeszcze większa przemoc, w efekcie otrzymujemy niekończącą się spiralę przemocy, zwłaszcza, że żadna ze stron nie jest zainteresowana jej przerwaniem i szukaniem innych rozwiązań. Przemoc i zabijanie są już nie tylko środkiem osiągnięcia celu, ale stają się celem samym w sobie.

W „Niewiernych” mniej jest komentarzy do bieżącej sytuacji politycznej w Polsce, niż w powieści debiutanckiej (przy tak złożonej fabule autor musiał nieco odpuścić w tej kwestii), aczkolwiek one także się pojawiają. Mamy więc w książce i Partię Gładkiej Gadki, i ministra spraw zagranicznych Wróblewskiego, i szefów, którzy zostają szefami nie ze względu na posiadane kompetencje, lecz jakieś mętne powiązania przyjacielsko-nie-wiadomo-jakie, i inne tego typu sprawy. Bardziej zaangażowani politycznie czytelnicy nie muszą się więc obawiać, że autor uwziął się wyłącznie na jedną partię, a drugiej odpuścił – tego zarzucić w tym przypadku nie można.

Warto dodać, że autor nie ustrzegł się kilku drobnych niedociągnięć w swojej drugiej powieści. Jednym z nich jest to, że wiele rzeczy jest nakładanych czytelnikowi do głowy w nieco łopatologiczny sposób. Bohaterowie na ogół bardzo dokładnie i szczegółowo referują, o co im chodzi, jakie są ich zamiary, w co wierzą i do czego dążą. Nie mamy tam zbyt dużo miejsca na własną interpretację czyichś poglądów, idei, działań, zachowania, a przynajmniej na ich stopniowe odkrywanie w toku czytania. Autor chce koniecznie od razu wyjaśnić nam dokładnie, co i jak, kto i z kim, po co i dlaczego, żebyśmy mieli jasną sprawę w miarę rozwoju akcji. Z jednej strony, może być to atutem opowiedzianej historii (żadnych niedomówień), ale nie każdy czytelnik dobrze się czuje, gdy ma wszystko podane na tacy, beż żadnej możliwości samodzielnego zastanowienia się nad ewentualną alternatywą i porównania własnych odczuć z powieściową rzeczywistością. Ponadto, szczególnie na początku powieści, miłość „Aleksandra” do równie autentycznej „Zuzy” jest aż za mocno romantyczna. Chłopaka tak wzięło, że zachowuje się jak przeżywający pierwsze uniesienie uczniak. Jego marzenia o wzięciu wybranki w ramiona natychmiast po niezapowiedzianym wejściu do jej mieszkania, przeplatane stwierdzeniami, że ona „na pewno się do niego przyłączy” i następnym razem „będą tu razem”, brzmią tak telenowelowo i naiwnie, że aż momentami zęby bolą, zwłaszcza, gdy zważymy na to, kim zakochany nieszczęśnik jest w rzeczywistości. Podobną istną udrękę serwuje nam narrator momentami z Sarą - nagle przy każdej okazji podkreślane jest, jaka to ona piękna, jak to się wszystkim wokół podoba, jak to wszyscy zamierają w pokoju, gdy ściąga marynarkę, a pod spodem ma bluzkę bez rękawów, i tak dalej. Z jednej strony ja - jako kobieta - cieszę się, że piękno i kobiecość Sary idą w parze z jej ogromną inteligencją i byciem jednym z najlepszych oficerów AW, ale to podkreślanie jej walorów na każdym kroku męczy i zwyczajnie irytuje - no już nie mają czym się zająć oficerowie wywiadu podczas narady, tylko końskim ogonem w kolorze blond i brakiem rękawów? Zdaję sobie sprawę z tego, że Sara może posiadać swój autentyczny pierwowzór i peany na jej cześć mogą wynikać z przyczyn osobistych, ale są takie chwile, w których aż się prosi o stosowanie słowa „umiar”. Na szczęście kumulacja ogromnego uczucia i zapierająca dech w piersiach Sara wysuwają się na pierwszy plan tylko przez pewien moment, później akcja rozwija się na tyle, że można zapomnieć o tym, że agent angielskiego wywiadu mawia Sarze na dzień dobry, jaka to ona piękna, a „Aleksander” jest tak beznadziejnie zakochany w „Zuzie”, że krąży pod jej oknami niczym dron. Patrząc na powieść bardziej kompleksowo, te wymienione przeze mnie delikatne wady nie zagrażają pozytywnemu jej odbiorowi, jednak momentami zwyczajnie denerwują. „Nielegalnym”, jako powieści debiutanckiej, można było kilka rzeczy tego typu wybaczyć i nawet o nich nie wspominać, od "Niewiernych" trzeba już wymagać nieco więcej.

„Niewierni” są naprawdę udaną kontynuacją „Nielegalnych” i momentami wręcz wbijają w fotel, jeśli oddajemy się czytaniu spoczywając na takim właśnie elemencie wyposażenia domu. Vincentowi V. Severskiemu udało się wyjść zwycięsko z próby prześcignięcia własnego niezłego debiutu. Skoro pozwoliłam sobie wcześniej na użycie kuchennego porównania, to idąc dalej tym tokiem myślenia należy postawić pytanie – co zaserwuje nam autor na deser?

2013/04/26 18:00:00

Szczegóły wpisu

Tagi:
Autor(ka):
letniewino
Czas publikacji:
piątek, 26 kwietnia 2013 18:00

Polecane wpisy