Dobry kryminał nie jest zły

Wpis

czwartek, 16 maja 2013

"Przyjdź i zgiń"

Albo też „przyjdź i znajdź zwłoki”. Mniej lub bardziej przypadkowo odkryte ciało starszego pana rzuca podejrzenia na mieszkańców spokojnego zaułka w pewnym angielskim mieście. Czy ktoś z nich miał motyw, by zamordować nikomu nieznanego dżentelmena?

 

Młoda stenotypistka z Biura Stenografii i Maszynopisania Cavendish otrzymuje zlecenie do wykonania w domu klientki. Ma zgłosić się do starszej pani zamawiającej usługę, o określonej godzinie. Gdyby gospodyni nie zdążyła wrócić do jej przybycia, ma wejść do niezamykanej bawialni i tam na nią poczekać. Wysłana na miejsce stenotypistka robi wszystko zgodnie z poleceniem. Klientki nie ma, więc idzie do wskazanego pomieszczenia. Niestety, nie może tam spokojnie poczekać, gdyż w pokoju tym leżą zwłoki starszego, elegancko ubranego mężczyzny, który został zasztyletowany. W międzyczasie do domu wraca starsza kobieta, która okazuje się być niewidoma i zachowuje dużą dozę spokoju w obliczu tego, co się dzieje. Przerażona stenotypistka wybiega z krzykiem na ulicę i wpada wprost w ramiona młodego człowieka, który nie znalazł się w zaułku przypadkowo…

„Przyjdź i zgiń” to powieść napisana przez Agathę Christie w 1963 roku. Łączy w sobie zarówno wątki typowe dla klasycznego kryminału, jak również elementy powieści szpiegowskiej. Główną osią fabuły jest śledztwo w sprawie tajemniczej zbrodni, jednak pomagający inspektorowi prowadzącemu dochodzenie młody człowiek – Colin Lamb - równolegle zajmuje się nieco inną sprawą. Colin okazuje się także być dobrym znajomym Herculesa Poirota, którego ostatecznie angażuje w śledztwo na zasadzie wyzwania – genialny detektyw ma okazję udowodnić swoją tezę, że do rozwiązania zagadki wystarczą szare komórki i można to zrobić siedząc w fotelu. Mały Belg z nieukrywaną radością włącza się w sprawę trudnego do rozwikłania morderstwa, w swoim londyńskim mieszkaniu słucha relacji Lamba, czyta wykonane przez niego notatki i dedukuje. W międzyczasie dowodzący śledztwem inspektor Hardcastle odkrywa zaskakujące fakty z życia kilku osób uznanych za takie, którym warto się przyjrzeć, a Colin jest coraz bardziej rozdarty pomiędzy nasuwającymi się wnioskami, narastającymi trudnościami z wykonaniem własnego zadania, a budzącym się uczuciem do pewnej stenotypistki. Hercules Poirot nie jest tym razem głównym bohaterem książki, przez dużą część powieści w ogóle w niej nie występuje, gdy w końcu się pojawia, też nie staje się automatycznie nadrzędnym detektywem, jak to już w innych powieściach bywało. Wielbiciele skromnego geniusza mogą więc być nieco rozczarowani zdecydowanie zbyt małą obecnością słynnego detektywa na kartach książki. Na szczęście czeka ich mała rekompensata w postaci tego, że to właśnie Hercules Poirot we własnej osobie wskaże mordercę i wyjawi tożsamość ofiary, a w dodatku dokona tego w charakterystyczny dla siebie sposób – w związku z nieznośnym remontem jego mieszkania postanowi on ostatecznie przyjechać na kilka dni na miejsce tajemniczej zbrodni i szczegółowo opowie, do jakich wniosków doszedł oraz przedstawi metodę swojej dedukcji.

Książka jest zbudowana w nieco nietypowy sposób, gdyż rozdziały prezentowane przez narratora trzecioosobowego, obiektywnego i wszechwiedzącego, przeplatane są rozdziałami, w których rolę narratora pełni Colin Lamb. Zmiany narratorów nie są regularne, czasem nie od razu oczywiste jest, z którym z nich mamy do czynienia, w dodatku nie zawsze ma to swoje uzasadnienie w fabule, więc jeśli czytelnik w porę nie zerknie na słowa „Relacja Colina Lamba” w tytule rozdziału, to może się od czasu do czasu pomylić co do tego, z jakiej perspektywy prezentowane są wydarzenia. Przedstawiona historia początkowo rozwija się niczym w „Rejsie” – trochę, panie, jak w polskim filmie. Zaczyna się wprawdzie jak u Hitchcocka, czyli od mocnego uderzenia – zwłoki w domu niewidomej kobiety, tajemnicze wezwanie stenotypistki, jakieś zegary, z których jeden znika, wizytówka z fałszywymi danymi znaleziona przy zamordowanym, i tak dalej. Jednak później cała widowiskowa i tajemnicza sprawa jakby nieco powszednieje. Inspektor Hardcastle z Colinem Lambem prowadzą przesłuchania, z których niewiele wynika - nikt niczego nie widział, nikt nic nie wie, nikt nie może powiedzieć niczego konkretnego. Nie wiadomo, kim jest zamordowany, skąd się tu wziął i u kogo szukać punktu zaczepienia. Sąsiedzi niewidomej właścicielki domu to mieszanina specyficznych osobowości i charakterów, mających ze sobą niewiele wspólnego. Ciężko doszukać się u nich jakichkolwiek powiązań ze zbrodnią, nie mówiąc już o wskazywaniu konkretnego motywu. Na szczęście to tylko chwilowe spowolnienie tempa historii, wkrótce nie tylko wydarzenia fabularne rozkręcą się na nowo, lecz także te niepozorne, prowadzone nieco bez porządku i metody (wiadomo, kogo brakuje przy przesłuchaniach) rozmowy z potencjalnymi świadkami pozwolą na wyłapanie pewnych kluczowych wskazówek, o czym przekona nas Hercules Poirot. Jeśli chodzi o kwestię samodzielnego rozwiązywania zagadki zbrodni, to czytelnik może dosyć szybko wpaść na pewne tropy z nią związane, może stosunkowo bez większego wysiłku odgadnąć, kto z zewnątrz mógłby mieć coś z nią wspólnego, jednak w przypadku samego sedna problemu już tak łatwo nie będzie. Wprawdzie Poirot analizując fakty z perspektywy swojego fotela poszedł w dobrą stronę na podstawie tych samych zeznań, które czytelnik ma także okazję poznać, jednak punkt wyjścia opiera się w sumie na jednej, mało zauważalnej uwadze, którą łatwo przeoczyć i nie poświęcić jej większego zainteresowania. Poirot na jej podstawie wysnuł naprawdę daleko idące wnioski, a że żadne inne wydarzenia nie wskazują na nic konkretnego, co by mogło nam pomóc powiązać tę uwagę z morderstwem, gdyż nie znamy ani tożsamości ofiary, ani nikt z sąsiadów niczego znaczącego nie zauważył, ani nie pozostawiono żadnych istotnych śladów na miejscu zbrodni, to czytelnikowi niezwykle trudno pójść tym samym tokiem myślenia, nawet gdyby zwrócił uwagę na tę konkretną wypowiedź. Jednak generalnie, książkę czyta się bardzo dobrze. Jeśli ktoś lubi dać się porwać kryminałowi i nie musi za wszelką cenę zgadywać, kto zabił, to w tym przypadku może się spokojnie oddać w ręce autorki i nie kombinować na siłę, oby tylko zdążyć z rozwiązaniem przed Poirotem. Jeśli ktoś mimo wszystko wolałby co nieco odgadnąć na własną rękę, to także będzie miał ku temu okazję. Ponadto, do interesujących zagadnień należy sprawa prowadzona przez Colina Lamba czy też podjęcie pewnych starań związanych z zacieraniem możliwych tropów, więc po nieco niemrawym początku dochodzenia, akcja powieści się zdecydowanie rozkręci i jeszcze kilka wątków może nas zaskoczyć.

Gdybym miała podać jeden, konkretny powód, dla którego warto sięgnąć po tę akurat książkę spośród imponującego zbioru twórczości Agathy Christie, tym powodem będzie coś zupełnie niezwiązanego ze zbrodnią. Tym powodem będzie Hercules Poirot, ale nie mały Belg sam w sobie, jako on sam, gdyż niestety mamy go w tej powieści zdecydowanie zbyt mało, by czytać ją tylko i wyłącznie z uwielbienia dla tej postaci. Jednak wszystkim jego fanom niedostateczną obecność detektywa wynagrodzi genialny pomysł autorki co do jego osoby. Otóż, w powieści „Przyjdź i zgiń” Hercules Poirot stał się… niezwykle zaangażowanym czytelnikiem kryminałów! Polecam przeczytanie jego rewelacyjnych opinii na temat prawdziwych i fikcyjnych autorów powieści kryminalnych, jakie w jego usta włożyła Agatha Christie – to naprawdę czysta przyjemność. Dzięki temu zabiegowi autorka nie tylko dokonała niezwykle trafnej i dowcipnej klasyfikacji powieści kryminalnych oraz charakterystyki ich twórców, ale nawet pożartowała sobie zarówno z własnych dzieł, jak i z siebie samej za pomocą własnego, sympatycznego, karykaturalnego alter ego, czyli pani Ariadny Oliver. Dodatkowo, wiele spostrzeżeń Poirota to całkiem słuszne i uzasadnione uwagi dotyczące gatunku powieści kryminalnej. Aż żal bierze, że Colin Lamb nie dał się "nabrać", jak to sam ujął, na więcej "wykładów". Szkoda, że książka nie powstała w czasach bardziej nam współczesnych, gdyż chętnie poczytałabym, jak Hercules Poirot z właściwym sobie wdziękiem i skromnością podsumowuje na przykład twórczość Henniga Mankella, ale i tak zapewniam, że warto osobiście przekonać się o tym, że słynny detektyw stał się jednym z nas, czyli czytelnikiem kryminałów i że nawet temu zajęciu oddaje się w charakterystyczny dla siebie sposób, z pełną gracją, niezwykłą inteligencją i poczuciem ujmującej wyższości. Tym niezwykle pomysłowym zabiegiem Agatha Christie po raz kolejny udowodniła, jak wielką dozę zdrowego dystansu posiadała do siebie i własnej twórczości, czego zapewne i nam życzyła:

„…[Ariadna Oliver] będąc młodą autorką dosyć niemądrze uczyniła robiąc swego detektywa Finem, a widać jasno, że nie ma pojęcia o Finach i Finlandii, poza, być może, dziełami Sibeliusa.”

2013/05/16 20:10:57

Szczegóły wpisu

Tagi:
Autor(ka):
letniewino
Czas publikacji:
czwartek, 16 maja 2013 20:10

Polecane wpisy