Dobry kryminał nie jest zły

Wpis

środa, 11 września 2013

"Ogród tajemnic"

Angielski student z polecenia profesora wybiera się do Włoch, by zebrać materiały do swojej pracy. Na miejscu zostaje wplątany w sprawy dwóch tajemniczych śmierci, jakie dotknęły członków rodziny właścicieli pewnej wiejskiej rezydencji. Zagadka zgonu sprzed ponad 400 lat wydaje się nie stanowić zagrożenia dla współczesnych. Natomiast tragiczna i pozornie wyjaśniona śmierć syna obecnej właścicielki posiadłości zaczyna budzić coraz więcej wątpliwości w stosunku do żyjących…

 

Rok 1958. Student Adam Strickland zamiast zajmować się pisaniem swojej pracy dyplomowej, ma inne, równie frapujące rzeczy na głowie. Na szczęście jego profesor postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. Wybiera za niego temat pracy, wysyłając go przy tym na badania naukowe do Toskanii. Okazało się, że dobra znajoma profesora, signora Docci, jest właścicielką renesansowej willi nieopodal Florencji. O samym budynku profesor wypowiada się raczej bez zachwytów, natomiast o wiele większy entuzjazm naukowca wzbudza założony na terenie rezydencji pod koniec XVI wieku ogród pamięci. Przodek signory Docci ufundował go w hołdzie swojej 25-letniej żonie, która zmarła rok po przeprowadzce do posiadłości. Profesor doradza Adamowi, by to właśnie ogród uczynił tematem swojej pracy, gdyż nikt dotąd nie przeprowadził w nim kompleksowych badań, co dla początkującego historyka sztuki powinno stanowić istotny atut. W związku z tym, że profesor nie przewidział odmowy, niedługo potem Adam przybywa do malowniczo położonej Villa Docci. Signora Docci to interesująca starsza pani o dosyć sporej sile woli i mocnym charakterze. Przeżyła nie tylko swojego męża, ale także jednego z synów, który zginął z rąk Niemców tuż przed końcem wojny, kilkanaście godzin przed zajęciem okolicy przez Aliantów. Pani Docci chętnie udostępnia angielskiemu studentowi ogród do badań i oddaje do dyspozycji wszystkie materiały na jego temat, jakie zostały zebrane przez jej ojca. Od razu po wejściu do ogrodu Adam orientuje się, że coś z nim jest nie tak. A nie jest to jedyna zagadkowa rzecz dotycząca losów rodziny Docci…

„Ogród tajemnic” to powieść napisana przez Marka Millsa, angielskiego autora scenariuszy i pisarza. Została wydana w 2006 roku, lecz przenosi czytelnika w nieco odleglejsze czasy, do powojennych Włoch końca lat 50-tych. Kraj powoli podnosił się po niedawno zakończonej wojnie, lecz było jeszcze zbyt wcześnie, by mówić, że Włosi mogą śmiało i z optymizmem spoglądać w przyszłość. Kilkanaście lat to zbyt mało, by naród podzielony uprzednio na zwolenników faszyzmu i jego przeciwników, skonfrontowanych ze sobą w warunkach wojennych, mógł bez przeszkód funkcjonować jako społeczeństwo. W powojennej rzeczywistości istniało jeszcze dużo niewyjaśnionych wydarzeń, niewynagrodzonych krzywd, wychodzących na jaw zdrad, ukrytych lub jawnych pretensji i roszczeń, które miały ogromny wpływ na relacje międzyludzkie i rodzinne. Autor wybrał więc niezwykle interesujące społeczne tło opowieści, ale ciężko uznać, że w pełni wykorzystał jego potencjał. Dosyć łatwo można sobie wyobrazić opisaną przez niego opowieść przeniesioną w inne okoliczności i w inne czasy, i to pomimo faktu, że losy obu synów signory Docci wydają się być nierozerwalnie związane z wielką historią – jest to potraktowane na tyle powierzchownie, że można byłoby do nich dopasować inne wydarzenia historyczne, a nawet dać sobie radę bez nich, poprzestając jedynie na skomplikowanych relacjach rodzinnych. Nie jest to jednak oznaka jakiegoś wybitnego uniwersalizmu opowieści, raczej właśnie niedostatecznego rozwinięcia ciekawego skądinąd pomysłu autora. Po przeczytaniu książki można mieć tego typu zastrzeżenia do kilku innych wątków – intrygująco się zaczynały i były umiejscowione w interesujących, specyficznych okolicznościach, by potem albo zniknąć z pola widzenia, albo rozejść się po kościach w dosyć pospolity sposób. Już sam początek, z wykorzystaniem „powieści w powieści” jest zwracającym uwagę czytelnika rozwiązaniem. Szkoda tylko, że niewiele potem z zaprezentowanego na samym początku książki fragmentu powieści autorstwa Glorii (ówczesnej dziewczyny Adama) wynika i nie do końca wiadomo (a raczej – w ogóle nie wiadomo), do czego właściwie został on przez autora użyty. Ani nie spina on całej powieści jakąś klamrą, ani nie służy do niczego potem głównemu bohaterowi (a mógłby na przykład przypadkowo pomóc potem Adamowi w rozwiązywaniu toskańskich zagadek), ani nie stanowi żadnej wskazówki dla czytelnika. Gdyby się na przykład okazało, że któryś z członków rodziny Doccich był podczas wojny szpiegiem, na co Adam wpadłby przy okazji przywoływania gorzkich wspomnień o spotkaniach z Glorią i rozmowach na temat jej powieści, to czytelnik mógłby z czystym sumieniem podziwiać pomysłowość autora i gratulować sprytnego zabiegu. Tymczasem powieść Glorii znika z kart książki razem z nią i już się nie pojawia. Kolejnym tego typu wątkiem jest sprawa tajemniczych śmierci, których podobno w rodzinie Doccich było dużo więcej, niż w przeciętnym włoskim rodzie, co przypisywano ciążącej nad Doccimi od wieków klątwie. Może i tak było, ale musimy tutaj uwierzyć autorowi na słowo, bo w „Ogrodzie tajemnic” tajemniczych zgonów członków rodziny Doccich na przestrzeni kilku wieków mamy 2. Słownie: dwie sztuki. Pozostałe niewyjaśnione, tajemnicze, zagadkowe śmierci wspomniane są z dwa czy trzy razy na zasadzie „a nad naszą rodziną to zawsze jakaś klątwa wisiała i ludzie ginęli w dziwny sposób”. Ja akurat nie jestem za tym, żeby trup wyskakiwał z każdej szafy, a liczba niewyjaśnionych zgonów przewyższała liczbę „normalnych” śmierci, ale skoro autor zdecydował się na tworzenie aury tajemnicy wokół rodziny Doccich i przypisanie jej wyjątkowo tragicznych losów, to dobrze byłoby podeprzeć to czymś więcej, niż kilkoma ogólnymi stwierdzeniami. Autor tak poprowadził wątek klątwy, że ma się ochotę powiedzieć, że jest ona jak yeti – wszyscy o niej słyszeli, a nikt jej nigdy nie widział. Jakiś głębszy zarys historii rodu byłby wskazany, by czytelnik mógł się przekonać, że ma do czynienia z wyjątkowo doświadczoną przez los rodziną. Podobne zastrzeżenia można mieć choćby do historii z bliznami Antonelli, czy całkiem niezłej opowieści o ojcu signory Docci i o tym, czym się on w życiu zajmował – człowiek czyta takie rzeczy z wypiekami na twarzy, bo ma wrażenie, że stanie się to niezwykle ważne w najmniej spodziewanym momencie, tymczasem nic takiego się nie dzieje. Blizny Antonelli chyba (podkreślam – chyba) maja być dalszym ciągiem klątwy, a wiązać mają się z pracą jej pradziadka (tak jak on bestialsko zabijał te biedne orangutany w imię nauki, tak jego wnuczka została oszpecona i jej czoło przypominało wygląd ich czaszek), ale – jak już wspomniałam – klątwą jest się na tyle ciężko przejąć, że ostatecznie historie te gdzieś giną w akcji i nie dodają opowieści dodatkowej głębi czy kolorytu, a raczej znów prowokują do zadania pytania, po co właściwie wątki te zostały w ogóle utworzone. Antonella bez blizn byłaby dokładnie taka sama, jej niby mająca wyrzuty sumienia matka nie musiałaby się pojawić na te trzy minuty w powieści i wyznawać całkowicie obcemu człowiekowi, którego widziała po raz pierwszy w życiu, jak to jest jej wstyd, a jej pradziadek mógłby obejść się bez wątpliwej sławy oprawcy orangutanów.

Intrydze kryminalnej daleko do doskonałości, chociaż ma ona w sobie pewne pozytywne cechy oraz potrafi zainteresować. Adam przeobrazi się z początkującego naukowca w detektywa-amatora, który odkrywał będzie tajemnicę z przeszłości i przy okazji natknie się na całkiem współczesną zagadkę. Trochę to przypomina „Szatana z siódmej klasy”, nie tylko przez wzgląd na imię głównego bohatera (i – co ciekawe – pomysłowe wykorzystanie „Boskiej komedii” Dantego w obu powieściach, a nawet konkretnie księgi „Piekło”, co naprawdę każe się poważnie zastanowić, czy Mark Mills przypadkiem nie zna utworu Makuszyńskiego), lecz również przez to, że pewna stara, „domowa” tajemnica nagle powiązana zostaje z całkiem współczesnym przestępstwem, a stawić czoła obu musi młody mężczyzna, inteligentny, oczytany, może nieco zbyt zuchwały, ale zdeterminowany i gotowy na duże wyrzeczenia, by tylko poznać prawdę. Różnica jest taka, że w powieści Kornela Makuszyńskiego zagadka sprzed wieków łączyła się ściśle z XX-wieczną historią kryminalną, tymczasem Mark Mills prezentuje nam dwa zupełnie odrębne wydarzenia, których jedynym wspólnym mianownikiem jest fakt, że miały miejsce w tej samej rodzinie. Nie jest to w żadnym wypadku zarzut – ten „rodzinny” wspólny mianownik wystarczy, by zaangażować bohatera w obie historie. Adam wpada więc po uszy i co się dzieje dalej? Tutaj zaczynają się schody. Zdecydowanie zbyt szybko wszystko staje się jasne, a autor nawet nie próbuje tego jakoś zakamuflować. Czytelnik domyśla się, co się (w obu przypadkach) stało, a pisarz jakby się uparł, by to na każdym kroku potwierdzać. Dochodzi do tego, że przy tak oczywistym rozwiązaniu czytający zaczyna sam kombinować na siłę, wyciągać jakieś dziwne wnioski i oczekiwać na nagły zwrot akcji, bo całość wydaje się tak przejrzysta, że aż to nieprawdopodobne. Ja sama sobie przez przypadek wykreowałam element zaskoczenia, związany z zagadką sprzed wieków, gdy niezbyt uważnie przeczytałam pewną informację i uparcie potem twierdziłam, że narzucające się rozwiązanie jest nieprawdopodobne ze względu na zbyt dużą rozbieżność w czasie. Gdybym nie popełniła tej pomyłki, moje oczekiwanie na ostateczne wnioski bohatera byłoby dużo mniej niecierpliwe, gdyż byłaby to tylko formalność. Intryga mogłaby się wybronić zakończeniem i nie chodzi mi tutaj wcale o jakieś wielkie zwroty akcji czy metamorfozy bohaterów na końcu (chociaż aż się prosiło, żeby faktycznie ktoś z tych dobrych okazał się zły…). Istnieje wiele kryminałów z dosyć przewidywalnym rozwiązaniem zagadki, w których zakończenie mimo to daje czytelnikowi popalić. W tym przypadku wystarczyłoby dodać nieco więcej dramatyzmu w momencie ostatecznego odkrywania prawdy, jakiegoś wyrzutu rzuconego w twarz osobie, która doprowadziła do tragedii, jakiejś choćby próby obrony czy usprawiedliwienia tego, co się stało, jakichś wzajemnych oskarżeń członków rodziny, słowem –  więcej życia w tym wszystkim. Tymczasem w newralgicznym momencie otrzymujemy scenę niby zapowiadającą się na naprawdę obiecującą kulminację - jest noc, jest kaplica ze zwłokami, jest podsłuchujący zdrajca, jest szantaż i brudny targ, a jednak ciężko się tym wszystkim (po raz kolejny) przejąć. Wprawdzie słusznie, bo szybko się okaże, że nie było czym, ale to nie dlatego czytelnik się nie przejmuje, że wyczuł, co się święci, tylko dlatego, że w tej scenie, podobnie jak w całej historii związanej z tragiczną śmiercią syna pani Docci, jest coś nie tak. Można się poczuć jak Adam po raz pierwszy w ogrodzie pamięci – niby wszystko wygląda tak, jak powinno, a jednak coś tu nie pasuje. Wydaje się, że Millsowi zabrakło konsekwencji w kreowaniu bohaterów i ich zachowań. Widać to dobrze na przykładzie sprawcy tragedii – z jednej strony autor chce zrobić z niego człowieka bezwzględnego, który lekką ręką wyda mnóstwo pieniędzy za spokój, a jeszcze lżejszą rzuci groźby pod adresem bardzo bliskiej osoby, żeby tylko prawda o zbrodni sprzed lat nie zakłócała mu życia, jednak z drugiej strony wychodzi na to, że nie tylko dał się on łatwo podejść jakiemuś studencikowi, ale w dodatku nie trzasnął go w głowę przy pierwszej nadarzającej się okazji, chociaż parę sytuacji ku temu dogodnych miał, a i student od pewnego momentu jakby się prosił o ściągnięcie na siebie niebezpieczeństwa. Człowiek ten niby się zabezpieczał i groził, ale w związku z osobą, która była dla niego potencjalnie najbardziej ryzykowna to miał tylko jedno marzenie – żeby szybko wyjechała. Nawet nie spróbował jakiegoś drobnego wypadku upozorować. Gdy się w końcu udało niejako mimochodem (i cudzymi rękoma) trochę Adama poobijać, to go jeszcze przepraszał  na osobności i podawał jakieś mętne tłumaczenia. Wyjaśnianie przez Adama obu zagadek mimo wszystko dosyć dobrze się śledzi, szczególnie historia sprzed wieków jest wciągająca poprzez rewelacyjne „zaszyfrowanie” tego, co się wtedy stało, więc nie można autorowi zarzucić, że całość jest nudna czy nieciekawa, mimo tych wszystkich niekonsekwencji i dosyć szybkiego rozwiązania. Jest jednak w intrydze jeden element, który mnie w ogóle nie przekonał i którego uzasadnienia nie potrafię zaakceptować. Chodzi o powody, dla jakich Adam został w ogóle zaangażowany w całą historię. Na końcu zostanie wyjaśnione, że wiele niby przypadkowych rzeczy nie stało się bez przyczyny. Niestety, to uzasadnienie się, kolokwialnie mówiąc, kupy nie trzyma. Nie chcę wdawać się w szczegóły (niech chociaż to będzie niespodzianką dla czytelników, którzy dopiero mają zamiar sięgnąć po książkę), ale po kilku próbach zrozumienia motywacji bohaterów, dałam sobie spokój, posiłkując się sposobem wykorzystanym przez Erle’a Stanleya Gardnera w powieści „Sprawa leniwego kochanka”, polegającym na podsumowaniu nieco zbyt wydumanego planu stwierdzeniem, że człowiek wdrażający go w życie "lubił skomplikowane plany" – wygląda na to, że tym samym cechują się bohaterowie tej powieści. Nie przekonują mnie wyjaśnienia zawarte w pewnym liście, o zbyt poważne sprawy chodziło, zbyt bolesne, zbyt tragiczne, zbyt trudne, by do ich rozwiązania stosować jakieś zabawy, udawania, pochody, dosyć naciągane manipulacje. Nie wierzę, że wystarczy nieznajomemu mimochodem rzucić dwa słowa (po polsku jedno), a ten jak zaprogramowany zacznie działać tak, jak się tego od niego oczekuje i zrobi to, na co wszyscy (prawie wszyscy) czekają. Nie wspominając o tym, że skoro pewne rzeczy były dla niektórych oczywiste, to po co w ogóle było to całe przedstawienie? Z powodu tego niefortunnego zakończenia, sprawa współczesnej tragedii, która i tak ustępowała zagadce sprzed wieków, zmienia się jeszcze bardziej na niekorzyść i zaczyna się robić momentami niezrozumiała. Czytelnik może się poczuć niemal tak wykorzystany, jak główny bohater.

Żeby jednak całkowicie nie przekreślać zalet tej powieści, warto wspomnieć o jej mocnych stronach, a i takie da się w niej odnaleźć. Pamiętacie podstawy genetyki z lekcji biologii? Nie? To będziecie mieć okazję, żeby sobie przypomnieć krzyżówki genów dominujących i recesywnych. I od razu odnaleźć ich stosowne wykorzystanie w praktyce, na wypadek, gdyby ktoś z Was kiedyś pytał retorycznie, siedząc nad zestawem krzyżówek przed ważnym sprawdzianem, „Po co mi to? Przecież nie zamierzam pracować w laboratorium!”. Nie wiecie czemu we Florencji pozostał tylko jeden zabytkowy most? Zostanie Wam to bardzo szybko wyjaśnione. Ktoś pamięta, czemu zginął kochany przez Apolla Hiacynt (nie wspominając o tym, kim on w ogóle był)? Spokojnie, książka odświeży Wam pamięć. A czytaliście „Boską komedię”? To się przynajmniej dowiecie, jak się mniej więcej kończy. Tak, książka nie tylko wspomina renesans jako nurt w sztuce czy architekturze, ale sama posiada kilka cech iście renesansowych. Główny bohater wykazuje się całkiem porządną wiedzą z różnych dziedzin, wtórują mu oczytani i znający się na wielu rzeczach bohaterowie poboczni, jak choćby signora Docci, dokładnie wyjaśniająca na przykład, do czego chciał dojść w swojej pracy jej ojciec, a do czego w rzeczywistości i na przekór własnym teoriom doszedł. Ważnym elementem powieści jest renesansowa architektura, w której ukryto tajemnicę sprzed wieków. Zagadka jest oczywiście prosta, jak budowa cepa, ale sposób jej zaszyfrowania (i odczytania) w elementach wystroju ogrodu, to już wyższa szkoła jazdy, wymagająca gruntownej znajomości mitów i związanej z nimi symboliki. Owszem, to też momentami jest nieco uszyte na miarę rozwiązania, gdyż fakt, iż amfiteatr ma dziewięć poziomów a nie siedem czy pięć, jak amfiteatry innych renesansowych ogrodów, nie musiał od razu wskazywać na nic nadzwyczajnego – może projektant chciał po prostu dołożyć dwa poziomy więcej, bo mu się tak podobało. Jednak naukowiec nie może założyć, że tak jest „bo tak” i musi sprawdzić, czy istniały jakieś ważne powody ku temu, żeby odstąpić od przyjętych reguł. A że akurat spośród milionów rzeczy na całym świecie kojarzących się z liczbą dziewięć niemal od razu bezbłędnie trafił na właściwą dziewiątkę? No cóż, pozwólmy pisarzowi naciągnąć nieco opowieść do własnych celów, akurat tego typu przypadki i w stu procentach trafne przypuszczenia są jak najbardziej do przyjęcia w powieści fabularnej. Przy okazji warto szczególnie skupić się na opisach detali architektonicznych ogrodu, gdyż są one naprawdę istotne dla rozwiązania zagadki – gdy coś czytelnikowi umknie, będzie musiał wracać do przeczytanych rozdziałów, by upewnić się, że wszystko się zgadza. Autorowi należą się naprawdę duże brawa za dopracowanie szczegółów ogrodu i zgranie detali architektonicznych z tragiczną historią sprzed lat. Do zalet książki zaliczyć też można fakt, iż po prostu dobrze się ją czyta – mimo tych wszystkich niedociągnięć nie miałam odruchu odłożenia jej na później, wręcz przeciwnie, chciałam przeczytać ją do końca za jednym zamachem, nie tylko w oczekiwaniu na element zaskoczenia. Akcja toczy się całkiem wartko, powieść jest w sumie dosyć lekka (nie tylko przez niezbyt groźnie wyglądającą klątwę, ale także przez powierzchowne potraktowanie współczesnej tragedii, jaka rozegrała się w rodzinie Docci, i jej uczestników, przez co czytelnikiem nie targają jakieś zapierające dech w piersiach emocje, wielkie dylematy moralne, czy wątpliwości natury etycznej), więc czytanie idzie sprawnie, jest kilku dających się lubić bohaterów (z Harrym na czele), nieźle (choć niezbyt szczegółowo) odmalowano miejscowy koloryt lokalny i nieco toskańskiego krajobrazu.

Sięgając po tę powieść nie liczmy na zawiłą zagadkę kryminalną, której rozwiązanie wstrząśnie nami do głębi i nie da spokoju przez wiele dni. Nacieszmy się czym innym – piękną architekturą, specyficznym klimatem toskańskiej rezydencji, pomysłowym ukryciem zagadki zbrodni, ciekawym wykorzystaniem elementów różnorodnych nauk, w dosyć zgrabny sposób wplecionych w fabułę. Podenerwujemy się nieco niekonsekwentnym prowadzeniem postaci czy wątków, bądź też zirytuje nas przekombinowane zakończenie historii, ale to nie powód do odpuszczenia sobie tej powieści. Jakieś emocje wywoła ona na pewno, może i negatywne, ale raczej nie pozostawi wielu osób obojętnymi na opisaną historię, a o to przecież chodzi.

2013/09/11 11:41:18

Szczegóły wpisu

Tagi:
Autor(ka):
letniewino
Czas publikacji:
środa, 11 września 2013 11:41

Polecane wpisy