Dobry kryminał nie jest zły

Wpis

czwartek, 10 października 2013

"Perfekcyjne morderstwo"

Niepokojący list od nieznanej kobiety zakłóca spokój redaktor naczelnej pewnego niszowego pisma. Wkrótce okazuje się, że nie bez powodu.

 

Ailsa Brimley jest redaktorką naczelną pisma „Głos Chrześcijański”, adresowanego do społeczności nonkonformistów w Anglii. Pismo skupia wokół siebie konserwatywnych i religijnych czytelników, jego nakład jest bardzo mały, a czytelnicy tworzą stałą, wierną i przewidywalną zbiorowość, niepoddającą się wymogom nowoczesności. Pewnego dnia panna Brimley odbiera list od jednej z czytelniczek – Stelli Rode, żony pracującego w Carne School Stanleya Rode’a. W liście tym pani Rode wyraża swój lęk przed mężem, który, jej zdaniem, próbuje ją zabić. Przestraszona żona prosi o szybkie spotkanie, chociaż nie podaje żadnych konkretnych przesłanek, które mogłyby świadczyć o tym, że naprawdę znajduje się w niebezpieczeństwie. Ailsa Brimley zwraca się z prośbą o pomoc w tej nietypowej sprawie do swojego dobrego znajomego i zarazem byłego współpracownika podczas pracy wywiadowczej w trakcie wojny, George’a Smileya. Okazuje się, że w Carne uczy brat jednego z nieżyjących już agentów, więc George dzwoni do niego z propozycją spotkania i z zamiarem osobistego omówienia sprawy tajemniczego listu. Niestety za późno – Stella Rode jest już martwa.

„Perfekcyjne morderstwo” (w innym polskim wydaniu „Morderstwo doskonałe”) to powieść wydana w 1962 roku. John le Carré po raz drugi zaprezentował w niej czytelnikom swojego najsłynniejszego bohatera –agenta George’a Smileya. Tym razem Smiley nie bierze udziału w żadnej wielkiej, szpiegowskiej grze, która może zmienić losy świata, tylko jako detektyw-amator próbuje pomóc w ustaleniu, kto dopuścił się brutalnej zbrodni na przeczuwającej własną śmierć ofierze. Cała sprawa ma charakter prowincjonalny, dotyka małą i mocno odizolowaną od miejscowych mieszkańców społeczność wykładowców prestiżowej, tradycyjnej i niezwykle konserwatywnej szkoły prywatnej położonej w hrabstwie Dorset. Prowadzący sprawę oficer policji nie ukrywa, że pomoc Smileya byłaby niezwykle przydatna dla śledztwa, gdyż jemu osobiście ciężko jest prowadzić przesłuchania wśród członków tak hermetycznej grupy ludzi, a komendant – absolwent Carne School – domaga się szybkich efektów i nie zakłócania przy tym spokoju tej szacownej instytucji. Smiley spędza więc kilka dni na miejscu, próbując na różne sposoby wydobyć od wykładowców wszystko to, czego nie mogli lub nie chcieli powiedzieć policji. Zanim uda mu się ustalić, kto zabił Stellę Rode, zginie jeszcze jedna osoba związana ze szkołą…

Intryga wokół której zbudowano fabułę, jest typowa dla klasycznej powieści detektywistycznej – „kameralna” zbrodnia, mała liczba podejrzanych, sprawa wagi lokalnej. Skojarzenia na przykład z Agathą Christie są nieuniknione, chociaż oczywiście posądzanie autora o napisanie kolejnej powieści z cyklu „przygody wybitnego detektywa” byłoby dużym uproszczeniem. John le Carré nadał tej powieści własny styl i charakterystyczne cechy, które potem staną się wyznacznikiem jego twórczości. George Smiley, jak to ma w zwyczaju, jest przeciwieństwem najczęściej spotykanego w tego typu sytuacjach bohatera – skromny, nieśmiały, niepozorny, łatwo wtapiający się w tłum, będący nawet celem personalnego ataku, na który nie może odpowiedzieć, jest przy tym niezwykle zdeterminowany, by poznać prawdę, dla której męczy się w towarzystwie snobistycznych bufonów, przekonanych o własnej wyższości nad resztą świata, próbując z ich paplaniny, intryg, plotek, szyderstw, prowokatorskich mów i specyficznego widzenia rzeczywistości powyławiać wszelkie detale istotne dla rozwiązania zagadki śmierci Stelli Rode. Smiley nie może prowadzić typowego śledztwa, więc stara się pomóc policji w zbadaniu tego, co dla oficera prowadzącego sprawę jest niedostępne – ludzkiej strony tej zbrodni, zbierając zarówno informację na temat tego, jaka naprawdę była ofiara, jak również starając się odgadnąć, wśród jakich ludzi żyła. To drugie nie jest zadaniem trudnym – zamknięte, niedostępne i wyniosłe towarzystwo Carne School zaczyna wyrzucać z siebie co bardziej gorszące strony swojej natury w obecności gościa z Londynu. Smiley szybko dostrzeże rysy na wypolerowanym na wysoki połysk wizerunku szkoły i „odpowiednio urodzonych” ludzi, którzy ją tworzą. Skoro więc żyjący nie kryją się z tym, jakimi są w rzeczywistości szujami, ale w żaden sposób nie pomaga to w odpowiedzi na pytanie „kto zabił?”, Smiley musi poświęcić nieco więcej uwagi zmarłej. Śledztwo prowadzone przez Smileya nie jest więc typowo detektywistycznym zadaniem, a od szczegółów czysto technicznych i ustalania faktów o wiele ważniejsze jest społeczno-obyczajowe tło całej opowieści i dusząca niczym smog w upalny dzień atmosfera skostniałej instytucji, która przemienia ludzi w bezduszne, cyniczne i wyzute z wszelkich pozytywnych emocji twory. A może tylko stwarza dogodne warunki do ujawnienia prawdziwej, ludzkiej natury? Tutaj liczy się każdy gest, każde mrugnięcie okiem, każda nie tak wypowiedziana samogłoska, świadcząca o tym, że ktoś skończył jednak szkołę publiczną i na jego nieszczęście urodził się nie tam, gdzie powinien. „Powiedziałem rektorowi, że ludzie tego pokroju, starannie prowadzeni za rękę, mogą nauczyć się naszych zwyczajów, a nawet naszych form towarzyskich” – oto co jest wyznacznikiem ludzkiej godności za murami Carne School. To świat, w którym kilka osób na krzyż zbudowało pomiędzy sobą zależności i relacje tak złożone, jakby byli mieszkańcami wielkiej metropolii, a o ich człowieczeństwie ma świadczyć stopień dostosowania się do panujących tam archaicznych zwyczajów, sztywnych konwenansów, „pewnych form” i „tutejszych warunków”. Tam nie ma miejsca na indywidualizm i bycie sobą, tam trzeba chcieć być takim samym, jak inni. W pewnym momencie przestaje dziwić fakt, że ktokolwiek tam został zamordowany, sam Smiley natomiast zadaje sobie pytanie, dlaczego była to właśnie Stella Rode, a nie na przykład prosząca się na każdym kroku o uciszenie, złośliwa i uderzająca zawsze w najczulszy punkt Shane Hecht.

Jak już wspomniałam, techniczna strona intrygi schodzi w tej powieści na dalszy plan, jednak to właśnie w związku z nią pojawiły się u mnie pewne wątpliwości. Taki moment musi nadejść w życiu każdego czytelnika kryminałów – nagle pojawia się kwestia nie do rozstrzygnięcia. Nieważne, że wiadomo już, kto jest mordercą, nieważne, że motywy są oczywiste, nieważne, że przebieg zbrodni jest jasny i wiadomo, co się stało. Coś w zaprezentowanej przez autora układance nie gra i albo jest to faktycznie popełniona przez niego nieścisłość, albo czytelnik coś przeoczył i nie może się zorientować, co to było. Po przeczytaniu ostatniego zdania tej książki stwierdziłam ze zdziwieniem, że w dalszym ciągu nie rozumiem jednej, dosyć istotnej rzeczy – dlaczego właściwie zginęła druga osoba? Owszem, rozumiem motyw mordercy, zdał sobie on sprawę z tego, że osoba ta przypadkowo widziała coś, czego zobaczyć nie powinna, więc uznał jej wiedzę za niebezpieczną, ale nie rozumiem, w jaki sposób to, co owa osoba mogła zobaczyć, stwarzało zagrożenie dla mordercy. Wydaje mi się, że wszystkie powiązane z tym sprawy wychodzą na jaw już po drugim morderstwie i dopiero wtedy morderca zdradza pewne szczegóły, które mogłyby wywołać wątpliwości u przypadkowego świadka, gdyby jeszcze żył. Natomiast przed drugim morderstwem cała ta kwestia wydaje się być niezbyt dokładnie badana przez śledczych i nie widzę momentu, w którym druga ofiara mogłaby nabrać wątpliwości w stosunku do niektórych osób oraz zdać sobie sprawę, że widziała coś innego, niż jej oprawca. Jeszcze gdyby motyw drugiej zbrodni był nieco inny, gdyby morderca postanowił się pozbyć się przypadkowego świadka, gdyż jego wiedza mogłaby mu przeszkodzić w późniejszym wrobieniu w morderstwo kogoś innego, to wszystko by się zgadzało, tylko, że w takim przypadku druga ofiara musiałaby być aż do śmierci nieświadoma, że widziała coś, czego nie powinna. Jednak druga ofiara zaczęła mieć jakieś wątpliwości, a więc porównała to, co sama widziała, do czegoś innego i jej się to wszystko razem nie zgodziło. A ja właśnie nie mogę nigdzie znaleźć odpowiedzi na pytanie do czego porównała swoją wiedzę druga ofiara, z czym nie zgadzało się to, co osobiście widziała? Smiley wraca do tego na końcu, podczas rozmowy z mordercą, ale niewiele to daje. Zastosowane przez niego niedokończone wypowiedzi, retoryczne pytania, subtelne sugestie, które w powieściach szpiegowskich zwykle dają czytelnikowi więcej informacji, niż dokładne opisy i rozbudowane dialogi, w powieści kryminalnej, gdzie trzeba jednak wyjaśnić kilka istotnych szczegółów oraz jasno i wyraźnie przedstawić, jaką rolę każda pozornie nieistotna rzecz odgrywała w całej tragedii, nieco dezorientują i nie pozwalają na pozbycie się wątpliwości. Mam więc pewien problem z konstrukcją intrygi (całkiem możliwe, że to mój błąd), ale, jak już wspomniałam, to nie techniczna jej strona jest tu najważniejsza. 

Co jeszcze zwraca uwagę podczas czytania, to rewelacyjne wykreowanie samej Stelli Rode. Bohaterki tej nie będziemy mieli okazji „poznać” osobiście, więc by wyobrazić sobie, jaka naprawdę ona była, musimy opierać się na opiniach innych. A te są zaskakująco skrajne. Dobroduszna, życzliwa, chętna do pomocy ludziom? Zagubiona niczym płoteczka wśród żarłocznych rekinów konwenansów i klasowych podziałów? „Niewłaściwie urodzona”, prosta kobieta w miejscu, w którym nie powinna się znaleźć? A może też miała swoje sekrety i słabości? Albo wiedziała zbyt wiele o innych? Autor tak prowadzi nas przez meandry osobowości Stelli i różne opinie różnych ludzi, którzy się z nią stykali, że ostatecznie ciężko jest uwierzyć, że sama na siebie ściągnęła własną śmierć przez tak niedorzeczne powody. Zwłaszcza, że na początku sposób jej traktowania przez szanowne grono wydaje się być niesprawiedliwy i krzywdzący z przyczyn oczywistych, a czytelnik staje murem po jej stronie – wiadomo, była za szczera, za dobra, za uczciwa, itp. Okazuje się, że w Carne School nic nie jest tak proste, jakby się mogło wydawać.

Pusta egzystencja w bardzo bogatej formie, ludzie na własne życzenie odizolowani od otaczającego ich świata, głęboko skrywane dramaty i tragedie przypudrowane grubą warstwą norm, reguł, niepisanych zasad, pozorów i tłumaczącego wszystko dobrego pochodzenia. Wydawać się może, że takie rzeczy to tylko w Anglii, i to dobrych parę lat temu, ale czy naprawdę nie da się z tej przygnębiającej opowieści o ludziach będących makietami samych siebie odczytać kilku bardziej uniwersalnych prawd?

2013/10/10 20:16:26

Szczegóły wpisu

Tagi:
Autor(ka):
letniewino
Czas publikacji:
czwartek, 10 października 2013 20:16

Polecane wpisy