Dobry kryminał nie jest zły

Wpis

czwartek, 07 listopada 2013

"Przystanek Śmierć"

W jednym z warszawskich tramwajów znaleziono zwłoki starszego pana. Mężczyzna zginął od precyzyjnego ciosu prosto w serce. Prowadzący sprawę policjanci nie podejrzewają, że to dopiero początek serii tajemniczych morderstw.

 

Komisarz Adam Nowak z Wydziału do Walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw Komendy Stołecznej Policji został wezwany w pewien niedzielny, kwietniowy wieczór na pętlę tramwajową Nowe Bemowo, gdzie kilkadziesiąt minut wcześniej motorniczy tramwaju nr 12 odkrył ciało starszego mężczyzny. Ofiara znajdowała się w drugim wagonie, została pchnięta ostrym narzędziem. Zadany jej jedyny cios był celny i skuteczny. Morderca zdołał zabrać narzędzie zbrodni oraz opuścić wagon przez nikogo niepokojony. Żaden ze świadków nie widział niczego, co mogłoby pozwolić na jakiekolwiek zawężenie obszaru poszukiwań sprawcy, poza faktem, iż z motorniczy kojarzył, że z tego wagonu wcześniej wysiadał mężczyzna, a potem para młodych ludzi, którzy przesiedli się do wagonu pierwszego. Po wstępnych oględzinach ciała i miejsca zbrodni śledczy przyznają, że zbrodnia wygląda na dokonaną przez silnego, leworęcznego mężczyznę, lecz to zbyt mało informacji, by formułować pierwsze hipotezy co do tożsamości mordercy i motywu zabójstwa. W związku z brakiem jakiegokolwiek konkretniejszego punktu zaczepienia, komisarz Adam Nowak rozpoczyna żmudne i niełatwe dochodzenie, wymagające drobiazgowego sprawdzenia wielu różnorodnych tropów, takich jak badanie prywatnego życia ofiary i jej ewentualnych wrogów, czy też próby identyfikacji pasażerów tramwaju nr 12 i wyławianie spośród nich tych bardziej podejrzanych, niż inni. Ale morderca nie pozwoli komisarzowi zbyt długo błądzić po omacku – trzy dni później na pętli tramwajowej przy hucie znalezione zostają kolejne zwłoki.

„Przystanek śmierć” jest wydanym w 2007 roku debiutem Tomasza Konatkowskiego i zarazem początkiem cyklu kryminałów z komisarzem Adamem Nowakiem w roli głównej. Policjant jest zaangażowany w śledztwo dotyczące – jak się potem okazuje – seryjnego mordercy, popełniającego zbrodnie w miejscach powiązanych ze środkami miejskiej komunikacji publicznej. Rzecz dzieje się we współczesnej Warszawie i chociaż autor ani razu nie podaje roku, w którym mają miejsce tragiczne wydarzenia, nietrudno jest to wydedukować – wystarczy przypomnieć sobie, kiedy Milan grał z Liverpoolem w pamiętnym finale Ligi Mistrzów w Stambule. Komisarz prywatnie jest fanem futbolu, więc poza tak oczywistymi i spektakularnymi wydarzeniami, jak stambulski „najlepszy mecz dekady” (wg Reutersa), dzięki powieści możemy przypomnieć sobie przy okazji pomniejsze piłkarskie wydarzenia z 2005 roku, które, najczęściej z ciężkim sercem, jako kibic Polonii Warszawa, śledzi Adam Nowak. Na pierwszy rzut oka wydaje się więc, że Tomasz Konatkowski nie przenosi nas w zbyt odległą przeszłość, ale autor mimo wszystko przemycił w swojej debiutanckiej powieści nieco kryminału retro.

Intrygę kryminalną ciężko nazwać szczególnie widowiskową czy efektowną. Śledztwo prowadzone przez komisarza nie jest zbyt atrakcyjne, nie dzieją się w nim spektakularne rzeczy, nie występują w nim wielkie zwroty akcji, poza drobnymi szczegółami nie dzieje się nic ponadprzeciętnego. Czytelnik w żadnym momencie nie będzie miał okazji poczuć się zbity z nóg nieprzewidywalnością i złożonością wydarzeń, totalnie ogłuszony i przytłoczony meandrami spaczonej psychiki mordercy, przeniesiony w inny wymiar powieści kryminalnej przez niewiarygodne skomponowanie tragicznego ciągu wydarzeń, wybór niezwykłych bohaterów czy opis śledztwa, jakiego jeszcze nie było. Ofiary to osoby albo przeciętne albo wręcz nieco wykluczone ze społeczeństwa. Policjanci są normalnymi ludźmi, ze swoimi zaletami i wadami, uwikłanymi w lawirowanie pomiędzy specyficzną, absorbującą i nieprzewidywalną pracą a układaniem sobie zwykłego życia (z różnym skutkiem). Morderca nie stworzył jakiegoś szczególnie skomplikowanego, nadzwyczajnego mechanizmu zbrodni, z pokrętnie ukrytym kluczem do rozwiązania zagadki i zawiłymi algorytmami. Śledztwo to średnio pasjonująca grzebanina, w dodatku prowadzona nieco na ślepo, w jakichkolwiek informacjach, rejestrach, danych, dających się jakkolwiek powiązać ze zbrodniami. Można więc podsumować, że całość jest taka… zwykła. No i właśnie w tym tkwi haczyk, który można łatwo połknąć i dać się ponieść książkowym wydarzeniom. Praca w stołecznej Policji to nie kolejny odcinek „Policjantów z Miami”, to codzienna, przeciętna, polska rzeczywistość. Seryjny morderca na warszawskich pętlach tramwajowych nie będzie zostawiał herbacianych róż w rękach swoich ofiar, nie będzie cytował Platona w listach do śledczych, nie wstrzyknie indiańskiej trucizny za pomocą rytualnego narzędzia. Nie, on użyje sznura, do ust ofiary wetknie kawałek taniej koszulki, na miejscu zbrodni zostawi kasetę lub cyferkę z marketu budowlanego, namaże coś farbą, a potem wyśle maila. I właśnie dzięki tej zwykłości, przeciętności i braku fabularnych fajerwerków czytelnik ma szansę poczuć nieco autentycznej atmosfery panującej podczas policyjnych śledztw i przekonać się, że praca w miejskim wydziale zabójstw to mozolna, trudna i pracochłonna robota. Duży realizm opisywanych zdarzeń i ich prawdopodobieństwo do wystąpienia w rzeczywistości należą do atutów powieści. Tutaj w żadnym momencie nie odnosi się wrażenia, że jakiś zbieg okoliczności jest za bardzo „książkowy” czy też jakieś wydarzenie jest kiepsko umiejscowione w otaczających go realiach. Dodatkowo, akurat ta konkretna sprawa ma dosyć specyficzne cechy – początkowo ciężko określić jakikolwiek motyw, wytypować węższy krąg podejrzanych, znaleźć jakiś mocny dowód na miejscu zbrodni, odkryć cechę charakterystyczną oprawcy. Mordercą mógł być praktycznie każdy silniejszy, leworęczny mężczyzna, szukanie takiego w prawie dwumilionowym mieście musi być żmudne i zająć trochę czasu. Sprawdzać trzeba dosłownie wszystko – każde zgłoszenie, każdy trop, każde najmniejsze podobieństwa i powiązania, co tym bardziej czyni śledztwo mało oszałamiającym. I to paradoksalnie wciąga – wystarczy, że czytelnik zapyta sam siebie, od czego sam zacząłby dochodzenie w tego typu sprawie, by z dużą uwagą obserwować poczynania Nowaka, który na przykład stara się zidentyfikować grupy miłośników komunikacji miejskiej, przejrzeć statystyki dotyczące przestępstw i wypadków komunikacyjnych, jakie miały miejsce w warszawskich tramwajach, wyszukać wśród pasażerów osoby będące w policyjnych kartotekach. Ponadto, Tomasz Konatkowski w sposób bardzo sprawny i zgrabny opisuje śledztwo, wykorzystując przy tym język może niezbyt zawiły i złożony, ale elegancki, dopracowany i wartki, dzięki czemu nawet opisy rzeczy średnio wciągających dobrze się czyta. Autor zadbał o to, by czytelnik nie nudził się zbytnio w czasie płynących własnym tempem czynności śledczych, więc nie tylko poświęcił w książce wiele miejsca samej Warszawie, ale także wplótł w zwykłe życie zwykłych ludzi kilka interesujących pasji, nawyków, zainteresowań – niby także zwykłych, ale pokazujących, jak drobne i, zdawałoby się, oczywiste rzeczy oraz małe przyjemności nadają sens naszej codziennej egzystencji. Mamy też w powieści oczywiście wątek romansowy, standardowo poprowadzony, przewidywalny i w sumie sympatyczny, chociaż równie dobrze mogłoby go nie być. Na plus trzeba zaliczyć mu to, że dzięki niemu główny bohater ma szansę się nieco uzewnętrznić i pokazać trochę swojego prawdziwego „ja”. Zbrodni i dochodzeniu towarzyszy więc całkiem ciekawe tło społeczno-obyczajowe, nadające powieści odpowiedni koloryt i obudowujące śledztwo w sposób interesujący dla czytających. Całość intrygi oceniam pozytywnie, z takim małym zastrzeżeniem, że może faktycznie autor mógł nieco bardziej dopracować plan działania zabójcy i dodać do niego coś bardziej odkrywczego i charakterystycznego, skoro zdecydował się na wybór seryjnego mordercy – po rozwiązaniu zagadki czytelnik może odczuć brak seryjności i indywidualnej ręki w poczynaniach oprawcy. Ofiary są przypadkowe, miejsca zbrodni jakoś też tak nieco piąte przez dziesiąte podobierane (choć oczywiście mają swoje uzasadnienie), gra prowadzona z policjantami także odbywa się bez porządku i metody. Jakby jeszcze morderca odcisnął większe, właściwe tylko sobie, piętno na tej historii, to do kryminalnej strony książki nie można byłoby mieć żadnych zarzutów.

W „Przystanku śmierć” autor po raz pierwszy prezentuje nam wykreowanego przez siebie cyklicznego bohatera – Adama Nowaka z Wydziału do Walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw Komendy Stołecznej Policji (kwestia gramatyczności nazwy wydziału pojawi się w dialogu z mordercą). Początkowo Adam Nowak wydaje się być taki, jak jego nazwisko – przeciętny i niczym niewyróżniający się, nawet jako oficer Policji i bohater kryminałów. Zresztą, autor wcale nie zamierza kryć się z tym, że stworzył on postać Nowaka na znanym szablonie – komisarz sam wskazuje na to, że „każdy prawdziwy detektyw, gliniarz z filmu czy powieści, to człowiek samotny i opuszczony” po czym dodaje, że „on miał już dosyć tego stereotypu, który od półtora roku potwierdzał.”. Jednak Nowak posiada kilka wyróżniających go spośród panteonu książkowych policjantów-samotników cech – jest zagorzałym kibicem Polonii Warszawa, zna się na dobrej muzyce (mnie osobiście urzekł, gdy włączył sobie „Album of the Year” a autor przy okazji przemycił informacje o charakterystycznym zdjęciu na okładce), czyta niezłe książki, jego filmowa wiedza także jest dosyć rozległa (oglądał nawet „Czasem słońce, czasem deszcz”!), i chociaż nie jest rodowitym warszawiakiem (ale nie jest także typowym „słoikiem” – jego dziadkowie mieszkali w Warszawie, a rodzina przeniosła się po wojnie do Radzymina), to jego znajomość stolicy i dalsza chęć jej poznawania są imponujące. Niby to nic spektakularnego – jest człowiekiem oczytanym, fanem futbolu, interesuje się światem wokół siebie i ma dosyć sporą wiedzę w różnych dziedzinach, ale właśnie te niby przeciętne cechy sprawiają, że wybija się on ponad przeciętność i staje się kolejnym bohaterem-indywidualistą w świecie kryminału. Z bohaterów drugoplanowych najbardziej charakterystyczny i zapadający w pamięć jest komisarz Zakrzewski – kolega z pracy Nowaka, kibic Legii z dosyć niewyparzonym językiem. Każde jego pojawienie się na kartach książki wprowadza natychmiastowe ożywienie. Zakrzewski nie przebiera w słowach i ma dar do wypowiadania zjadliwych i celnych komentarzy w najbardziej odpowiednich momentach, czym czasem nieco podpada przełożonym. Nie ma on także oporów by używać ostrych słów, również w sytuacjach służbowych i przy kobietach („Drogi morderco, doceniamy twoje pomysły, ale czy mógłbyś, kurwa mać, zaprzestać swojego procederu? Z poważaniem, Komenda Stołeczna Policji.”) albo nieco pobłażliwie podchodzić do fachowości innych („Nie trzeba być psychologiem i zastanawiać się, czy mama w dzieciństwie chowała przed nim cukierki, żeby to stwierdzić”). Dodatkowo, jako kibic Legii pastwi się on nad przeżywającym katusze kibicem Polonii, więc dialogi pomiędzy dwoma panami czasem naprawdę iskrzą, przy czym wszystko odbywa się z odpowiednią dawką humoru, chociaż nie są to w żadnym wypadku niewinne żarty („Idziesz na derby? Nie, nie wybieram się. Nie chodzę na wyścigi.(…) Przyznaj się, wolisz siedzieć w domu, bo nie chcesz przeżywać kolejnego lania. Legia słaba ostatnio, ale wpierdoli wam ze trzy gole. Minimum.”). Gdyby odegrał nieco większą rolę w powieści, pewnie zebrałaby się spora liczba bon motów jego autorstwa.

Jeśli już o bohaterach mowa, to odrębnego akapitu wymaga kwestia ich nazwisk. Tomasz Konatkowski dosyć przebiegle pograł sobie z czytelnikami wybierając imiona i nazwiska bohaterów swojej debiutanckiej powieści. Pierwszym z brzegu dowodem na to jest fakt, iż nazwał on głównego bohatera w sposób tak pospolity, jak to tylko można sobie wyobrazić, przy czym wspomina także innego – niezwykle charakterystycznego i charyzmatycznego – Adama Nowaka, co każe sądzić, że wybrane przez autora imię i nazwisko ma służyć wywołaniu odczucia jedynie pozornej przeciętności komisarza. Wokół nie jest lepiej – aspirant Kowalski, szef grupy z Laboratorium Kryminalistycznego Nowacki, prokurator Borowski, komisarz Zakrzewski, podinspektor Michalski… Na początku można się nieco pogubić, czy komisarzem jest w końcu Nowak, czy Nowacki i czy naprawdę Nowak będzie współpracował z Kowalskim, ale po pierwszym szoku związanym z całkiem niecharakterystycznymi nazwiskami, czytelnik szybko poukłada sobie, kto jest kim. Żeby całkiem nie spowszedniały nam powszechne i dobrze znane nazwiska, co jakiś czas autor serwuje nam prawdziwą perełkę (taką jak dyspozytor Bohdan Copija), nadaje bohaterom nazwiska kojarzące się na przykład z… siatkówką (Drzyzga i Możdżonek – chociaż może to mnie się one kojarzą z siatkówką, a autor wybrał je z innego powodu, zwłaszcza, że pisał tę książkę parę lat temu), nazywa szemranego biznesmena Mytnikiem („człowiek, który pobiera myto”), a na internetowego nicka jednego z podejrzanych wybiera nazwisko Jackiego Charltona, podając przy okazji stosowną notkę biograficzną. U mnie wzbudziło to odruch podejrzliwego patrzenia na każde z pojawiających się nowych nazwisk i poszukiwania, czy autor przypadkiem nie chce za jego pośrednictwem znów się zabawić kosztem czytelnika, tudzież przeszmuglować czegoś istotnego i mam wrażenie, że przy kilku postaciach da się odnaleźć wiążące się z ich nazwiskami drugie dna. Oczywiście, brawa dla autora za pomysłowość i zmuszenie czytelnika do rozważania tej kwestii.

Jak już wspomniałam, akcja powieści rozgrywa się we współczesnej Warszawie, ale mimo wszystko, czasem można odnieść wrażenie, że jest to kryminał retro. Po pierwsze – czytając „Przystanek Śmierć” zapomnicie, że Warszawa jest stolicą Polski i metropolią na skalę europejską, a jeśli przyjdzie Wam to do głowy, to albo przez majaczący się gdzieś mocno w tle Szczyt Rady Europy, który utrudnia życie i pracę mieszkańcom i policjantom, albo przez opis genezy nazwy dzielnicy Koło („od zgromadzeń szlachty wybierającej króla w czasie wolnej elekcji”). Warszawa jest tutaj ujęta wybitnie lokalnie, jej stołeczność i metropolitalność są w tej powieści ograniczone do bardzo mocno niezbędnego minimum. Gdyby nie wspomniany Szczyt, kilka ogólnopolskich mediów, spory kompetencyjne pomiędzy KSP a KGP oraz wzmianka o powiązaniach polityki miejskiej z ogólnokrajową, to nasza stolica odarta zostałaby z wszelkiej niepowtarzalności jako najważniejsze miasto kraju. Warszawa w tej powieści zyskuje inną niepowtarzalność – jako miejsce życia setek tysięcy ludzi, dla których stanowi ona ich miejsce na ziemi, jako zbiór unikalnych dzielnic, które synergicznie tworzą jednocześnie równie unikalne miasto, jako żywy organizm, w którym wciąż zachodzą procesy miastotwórcze. Po drugie – historii Warszawy jest w tej książce tak wiele, że czasem można się poczuć, jakbyśmy przenosili się w czasie do lat odleglejszych, by wraz z komisarzem Nowakiem odkrywać jakieś zbrodnie ukryte w zamierzchłej przeszłości. I nie jest to jedynie historia w wersji podręcznikowo-informacyjnej, gdyż sam komisarz czasem czuje się tak, jakby przeniósł się do przeszłości i potrafi na przykład wskazać, które budynki musiała z pewnością oglądać już jego babcia mieszkająca w międzywojennej Warszawie. To jest powieść przy której wskazane jest uzbroić się w plan miasta, historię miasta, wykaz najważniejszych osobistości miasta, wykaz zabytków miasta (ze szczególnym naciskiem na te nieznane szerokiej rzeszy turystów), plan komunikacji miejskiej. I zapaść się w Warszawie, której może na pierwszy rzut oka nie widzimy, z której istnienia nie zdajemy sobie sprawy, ale która tętni życiem, pomimo jej tragicznej ale także niezwykłej i wciągającej historii, ciągle obecnej i widocznej na ulicach. Adam Nowak udaje, że nie wie, czy lubi to miasto, czy nie, skłania się ku temu, że chyba nie, ale to tylko kokieteria – on wraca do komendy pieszo okrężną drogą, gdyż chce zobaczyć pomnik postawiony pod murami Pawiaka. Jaki pomnik? Autor nie zostawi nas bez wyjaśnienia najdrobniejszego szczegółu tego typu, jaki tylko pojawi się na kartach jego powieści. Na pętli tramwajowej dowiemy się, jakie tramwaje i z której strony na nią docierają, przy hucie mamy wzmiankę o tym, że jej funkcjonowanie wpływało „nie tylko na zanieczyszczenie powietrza, ale także na strukturę demograficzną i społeczną Żoliborza, Bielan i całej Warszawy”, w Annopolu z całą pewnością stwierdzimy, że to jeszcze Warszawa i że „tu rodzi się dobrobyt naszej stolicy”, odkryjemy także, który z wybitnych warszawiaków nie ma w Warszawie swojej ulicy, zostaniemy dyskretnie pouczeni, dlaczego ulice w okolicach ronda Waszyngtona swoje nazwy zawdzięczają obcym krajom oraz poszerzymy swoją wiedzę o ciekawostkę komunikacyjną – ile ulic w Warszawie posiada jezdnię pomiędzy torami tramwajowymi? To nie jest Warszawa, którą można obejrzeć z okien samochodu stojąc w korkach, to miasto, które trzeba przejść, przejechać tramwajem, zobaczyć na własne oczy, obejść okrężną drogą. Tak pozytywnego (nieco przewrotnie, bo wizerunek miasta w powieści trudno nazwać pocztówkowym), różnorodnego, niezwykłego i charakternego oblicza Warszawy już dawno nie miałam przyjemności podziwiać. Miasto to nie tło powieści, to równorzędny bohater – bez niego nic nie byłoby takie samo.

Na zakończenie, jako wielbicielka wszelkich ironii i autoironii, żartów i pół-żartów, lekkich złośliwości i innych tego typu gier personalnych, jakie czasem prowadzą autorzy kryminałów ze swoimi czytelnikami, nie mogę powstrzymać się od zacytowania słów wypowiedzianych z pełną powagą podczas dosyć ważnej rozmowy przez Adama Nowaka: „Cóż, nie czytam polskich kryminałów. W ogóle nie czytam raczej polskiej literatury. To książki o ludziach z klasy średniej dla ludzi z klasy średniej.”. I jak tu nie lubić tego człowieka? Aż się prosi, żeby kwestię przynależności do niezbyt darzonej przez niego sympatią klasy sprawdzać na sobie.

2013/11/07 17:25:42

Szczegóły wpisu

Tagi:
Autor(ka):
letniewino
Czas publikacji:
czwartek, 07 listopada 2013 17:25

Polecane wpisy