Dobry kryminał nie jest zły

Wpis

poniedziałek, 11 listopada 2013

"Zatrute pióro"

Małe, spokojne, niewyróżniające się niczym szczególnym angielskie miasteczko ma być idealnym miejscem rekonwalescencji dla lotnika po ciężkim wypadku. Jednak zamiast tego staje się areną niecodziennych wydarzeń prowadzących do tragedii.

 

Jerry Burton przeżył katastrofę lotniczą, z której wyszedł dosyć mocno poturbowany, jednak jest spora szansa na to, iż wróci do pełni sił i sprawności. Lekarz zaleca mu w związku z tym, by przez jakiś czas zamieszkał w jakimś spokojnym, cichym miejscu, gdzie życie płynie swoim tempem i gdzie można oderwać się od własnych trosk. Jerry’emu i jego siostrze Joannie dobrym wyborem pod tym względem wydaje się Lymstock – „małe, prowincjonalne miasteczko bez większego znaczenia, raczej zapomniane”, jak charakteryzuje je sam pacjent. Przyzwyczajeni do londyńskiego życia Jerry i Joanna wynajmują dom od samotnej, starszej pani i dosyć szybko włączają się w towarzyskie życie lokalnej społeczności. Ale nie tylko swoim chęciom i aktywnej postawie oboje zawdzięczają nowe znajomości i szybką adaptację w miasteczku – nie zostaną oni także pominięci przez autora anonimowych, oszczerczych i wulgarnych listów, które nagle zaczynają otrzymywać mieszkańcy Lymstock. Początkowo szokujące anonimy budzą raczej powszechne oburzenie i przekonanie, że musiał je wysłać ktoś niezrównoważony, kto w ten sposób odreagowuje jakieś rzeczywiste lub wyimaginowane krzywdy, lecz kiedy jedna z adresatek listów popełnia z ich powodu samobójstwo, a potem ginie ktoś, kto być może mógłby pomóc w identyfikacji autora, sprawa staje się niezwykle niebezpieczna.

„Zatrute pióro” to powieść Agathy Christie wydana po raz pierwszy w 1942 roku w Stanach Zjednoczonych (na rynku brytyjskim książka pojawiła się rok później). Chociaż jej wydanie miało miejsce w latach wojennych, trwający w tamtych czasach światowy konflikt nie ma najmniejszego wpływu na fabułę powieści i gdyby nie wzmianka o wojnie w śnie Jerry’ego oraz fakt, iż katastrofa lotnicza, w której brał on udział, także mogła mieć związek z działaniami wojennymi, czytelnik w ogóle nie zwróciłby uwagi na dosyć szczególny moment publikacji książki. Mimo iż przez większość powieści nic na to nie wskazuje, sprawę ostatecznie rozwiąże panna Marple. Historię anonimów i łączących się z nimi tajemniczych śmierci poznajemy z punktu widzenia Jerry’ego, który jest pierwszoosobowym narratorem i którego oprócz zagadki odrażających listów zajmują także sprawy obyczajowe.

Intryga kryminalna jest z jednej strony dosyć typowa dla Agathy Christie (mała społeczność, mała liczba podejrzanych, zbrodnia o charakterze „lokalnym”), ale posiada także kilka cech specyficznych. Wydawać się może, że sprawca nieszczęścia nie miał zamiaru doprowadzić do niczyjej śmierci – anonimowe listy zawierały stek bzdur i wszyscy znający miejscowe realia zgodnie potwierdzali, że osoba, która z powodu treści otrzymanej przez siebie wiadomości targnęła się na swoje życie, nie miała ku temu żadnych obiektywnych powodów. Autor wypisywał w swoich listach historie wyssane z palca (jak na przykład to, że Joanna i Jerry nie są rodzeństwem) i chociaż niektórzy obawiali się, że w końcu trafi wytworem swojej chorej wyobraźni w rzeczywistość, i przypadkowo uda mu się napisać w swoim paszkwilu coś prawdziwego, to nikt nie uważał, że tak się stało w przypadku kobiety, która popełniła samobójstwo. Lekarz przyznawał jednak, że od pewnego czasu leczył ją „na nerwy”, więc mogła ona w swoim chorobliwym przewrażliwieniu naprawdę przejąć się treścią anonimu i podjąć tak radykalny krok. Znalezienie autora listów staje się więc początkowo szukaniem osoby, która – na co wszystko wskazuje – jedynie nieumyślnie przyczyniła się do czyjejś śmierci. Jednak następna śmierć jest już typowym morderstwem z premedytacją i tu z kolei wydaje się, że autora anonimów po prostu poniósł prąd wydarzeń – najpierw stało się coś przez niego nieprzewidzianego, a potem już zmagał się z tego skutkami. Wraz z Jerrym poznajemy różnych ludzi, z których każdy wydaje się mieć jakieś swoje dziwactwa i może mieć predyspozycje ku temu, by po godzinach bawić się w preparowanie ordynarnych kłamstw, więc pomimo małej liczby osób będących w kręgu zainteresowania nie jest łatwo typować podejrzanych, zwłaszcza, że motyw wygląda na dosyć niesprecyzowany, gdyż listy dostają prawie wszyscy i nie wiadomo, kogo tak naprawdę próbuje dotknąć ich autor. Agatha Christie w opowieści snutej przez Jerry’ego co chwilę aplikuje czytelnikom twierdzenia w stylu „gdybym wtedy wiedział, jak bardzo istotna jest ta uwaga” lub „gdybym wtedy zwrócił na to uwagę, to może bym na to wpadł”, czym oczywiście całkowicie zbija czytających z tropu, a raczej właśnie mnoży fałszywe tropy i skutecznie wywozi czytelników w pole, gdyż uwagi te są absolutnie słuszne, tylko podane w takich momentach, że niezwykle efektywnie dezorientują i prowadzą dedukcję oraz wnioski w złą stronę. Rozwiązanie zaskakuje, chociaż nie jest ono szczególnie odkrywcze, można by wręcz rzec, że mamy tam motyw stary jak świat. Autorce po prostu bardzo dobrze udało się odwrócić uwagę od najszybciej nasuwających się w takich przypadkach kwestii - zafundowała nam ona rasowy trik iluzjonisty, co sama pośrednio zasugerowała w jednej z wypowiedzi panny Marple. Tak, Agatha Christie jak zwykle podpowiada wiele rzeczy, daje dyskretne znaki, podkreśla, na co zwracać uwagę, a mimo to potrafi tak skutecznie zwieść czytelnika, że zapomni on o najprostszych sprawach. Jednocześnie, w związku z wyborem Jerry’ego na narratora, intryga kryminalna przeplata się bardzo mocno z obyczajową stroną powieści. Są w niej momenty, w których niby nie można zarzucić, że kwestia anonimów zeszła na dalszy plan, ale toczy się ona wśród osobistych spraw bohaterów. Akcja jednak płynie wartko i nie ma w niej momentów zawieszenia, a przy okazji poznajemy życie i obyczaje mieszkańców typowych, małych, angielskich miasteczek sprzed wielu lat. Czy faktycznie nie da się odnaleźć różnorodnych elementów tego prowincjonalnego życia zarówno w czasach bardziej współczesnych, jak i poza typowymi, małymi, angielskimi miasteczkami - to już musimy rozstrzygnąć na własną rękę.

W dosyć nieszablonowy sposób w książce rozwiązana jest kwestia głównego detektywa. Wydawać się może, że to opisujący sprawę Jerry Burton pełnił będzie rolę detektywa-amatora i to on jako nieoficjalny pomocnik inspektora Nasha doprowadzi do rozwiązania zagadki. Tymczasem niespodziewanie (i nieco ni stąd, ni z owąd) w Lymstock pojawi się panna Marple, która niemal na końcu powieści jest wciągnięta w sprawę autora listów i porażająco szybko odkrywa, co naprawdę działo się w miasteczku. Faktem jest, iż jej wnioski są oczywiste, można się samemu sobie dziwić, że się nie pomyślało o najprostszych rozwiązaniach i że skoro od początku wiadomo było, że to nie dowody i kwestie techniczne, a ludzka psychika będzie kluczowa dla sedna sprawy, to trzeba było się skupić na kilku typowych w takich przypadkach motywach, ale mimo wszystko panna Marple nieco zbyt błyskawicznie znajduje osobę winną. Zbyt szybko na podstawie opowiadania Jerry’ego o jego własnym śnie oraz kilku informacji o sytuacji ogólnej uzdolniona detektywistycznie starsza pani wydedukuje co się stało. Nie mówiąc o tym, że jej rola jest jednocześnie niezwykle istotna (w końcu to ona rozwiąże zagadkę), jak też ograniczona do granic możliwości (kobieta pojawia się tuż przed finałem, potem znowu nieco znika, następnie się znów pojawia i czary-mary jest rozwiązanie), co może nieco komplikować jej udział w sprawie. Trochę szkoda, że tym razem nie mamy okazji towarzyszyć detektywowi „przy pracy” tylko próbujemy siłować się ze sprawą wraz z Jerrym, żeby na końcu się dowiedzieć od osoby z boku, że przecież to takie oczywiste wszystko jest, myśleć trzeba było, a nie emocjonować się na przykład znalezieniem starej książki z kazaniami. Panna Marple prawie w ogóle nie ma możliwości głębiej zapoznać się z tą sprawą (a raczej: panny Marple prawie w ogóle nie ma), ale w mig znajduje jej rozwiązanie – można było dać jej te kilka dni więcej na pozbieranie istotnych informacji i zapoznanie się z mieszkańcami miasteczka. Nie tylko z powodu zbyt błyskawicznej akcji starszej pani w kwestii anonimów żałuję, że jej obecność nie została mocniej zaakcentowana w powieści. Panna Marple jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci wykreowanych przez Agathę Christie i cechuje się bardzo charakterystycznym sposobem dochodzenia do prawdy. Niestety, tym razem nie ma ona okazji go w pełni zaprezentować i nie ma kiedy snuć przy przysłowiowej herbatce opowieści o tych wszystkich przyrodnich siostrach trzecich mężów dalekich kuzynek swoich byłych sąsiadek czy też o innych tego typu osobistościach, które to opowieści początkowo wydają się być zwykłym ględzeniem starszej pani, totalnie niezwiązanym z przedmiotem dochodzenia i które ostatecznie stają się podstawą do stawiania właściwych hipotez co do motywów i przebiegu różnorodnych zbrodni. Jest to więc taki kryminał z panną Marple, ale w sumie bez niej. Zadowoleni powinni być ci czytelnicy, którzy za rezolutną starszą panią nie przepadają.

„Zatrute pióro” jest powieścią godną uwagi, którą dobrze się czyta, która potrafi zaskoczyć, w której znajdziemy kilkoro bardzo charakterystycznych i ciekawie skonstruowanych bohaterów oraz w której zawarto całkiem zgrabną intrygę kryminalną. Nie polecam jej jednak do czytania ani jako pierwszą powieść z panną Marple, ani jako pierwszą książkę Agathy Christie w ogóle. W pierwszym przypadku nie da ona zbyt wielu okazji do zapoznania się ze słynną starszą panią, w drugim – ze względu na jej pewne specyficzne cechy niekoniecznie jest ona reprezentatywnym zbiorem wszystkiego, co najlepsze w twórczości angielskiej pisarki.

2013/11/11 00:00:00

Szczegóły wpisu

Tagi:
Autor(ka):
letniewino
Czas publikacji:
poniedziałek, 11 listopada 2013 00:00

Polecane wpisy