Dobry kryminał nie jest zły

Wpis

niedziela, 02 lutego 2014

"Pani komisarz nie znosi poezji"

Pani komisarz nie znosi także kilku innych rzeczy. Na szczęście w sumie polubiła ofiarę jednego z morderstw popełnionych w jej rejonie. Dzięki temu z dużą determinacją zabrała się do pracy nad pewną – jak się początkowo wydawało – dosyć typową sprawą.

 

Pech prześladujący panią komisarz Viviane Lancier z III Wydziału Kryminalnego Policji w Paryżu dał o sobie znać w pewien styczniowy dzień, gdy jeden z członków jej zespołu, najmłodszy i najmniej doświadczony Augustin Monot, interweniował w sprawie napadniętego kloszarda. Młody porucznik wykazał się niepotrzebną, według pani komisarz, nadgorliwością i pomagając poszkodowanemu mężczyźnie przeniósł go z wejścia na most na krawędź bulwaru, żeby ułatwić interwencję służb ratunkowych. W ten sposób, zamiast leżeć na moście i podlegać policjantom z prawego brzegu rzeki, bezdomny znalazł się w rewirze pani Lancier. Jeszcze do tego zmarł w szpitalu, więc poszukiwanie napastnika zamieniło się w poszukiwanie mordercy, co już doszczętnie zirytowało panią komisarz. Viviane Lancier miała już wyrobione mniemane o tej sprawie – bardzo typowa, bezdomny człowiek chwali się posiadaniem większej ilości pieniędzy, więc ktoś chce z tego skorzystać. Pani komisarz miała poważniejsze rzeczy na głowie, a tu trafiło jej się coś takiego. Okazało się jednak, że zawartość torby zamordowanego była tyleż smaczna, co zaskakująca i poza śniadaniem zawierała list adresowany do… Księcia Poetów z Akademii Francuskiej. W liście znajdował się natomiast dosyć śmiały i zmysłowy sonet, który mającemu w jednym palcu literaturę francuską (i nie tylko) Monotowi od razu skojarzył się z twórczością Baudelaire’a. Gdy policjanci z zespołu Viviane Lancier zaczęli badać, czy to tajemnicza przesyłka mogła być przyczyną napadu na kloszarda i czy faktycznie posiadany przez niego sonet to nieznany element artystycznego dorobku wielkiego francuskiego poety, w niebezpieczeństwie znajdą się inne osoby, mające styczność ze znalezionym utworem literackim.

Powieść „Pani komisarz nie znosi poezji” została wydana po raz pierwszy w 2010 roku. Jej autorem jest francuski pisarz Georges Flipo, który główną bohaterką książki i szefową zespołu dochodzeniowego w paryskim III Wydziale Kryminalnym Policji uczynił panią komisarz Viviane Lancier. Pani komisarz szefuje samym mężczyznom i jest zadowolona z faktu, że żadna kobieta nie mogła z nią wytrzymać. Sprawa, którą będzie musiała się zająć przez niefrasobliwość jednego ze swoich podwładnych, zacznie komplikować się bardziej, niż policjantka mogła się spodziewać. Ginąć będą kolejni ludzie, a pani komisarz będzie miała do czynienia z tym, czego nie lubi – kloszardami, literaturą i… McDonald’sem.

Całą sprawę obserwujemy z perspektywy pani komisarz. Nie jest ona narratorem pierwszoosobowym, ale całość książki składa się wyłącznie ze scen, w których bierze udział we własnej osobie. Z tego względu, towarzyszymy jej zarówno w pracy, jak i po godzinach, o innych bohaterach dowiadując się tylko tyle, ile dowiedzieć się ma szansę ona sama. Poza byciem twardym, bezkompromisowym szefem oraz postrachem przestępców, tytułowa bohaterka jest także zbliżającą się do czterdziestki kobietą, walczącą ze swoimi słabościami i kompleksami, a także borykająca się z samotnością i niezbyt udanym życiem osobistym. Autor podjął się więc dosyć trudnego zadania, gdyż jako mężczyzna musiał stworzoną przez siebie postać kobiecą wykreować w sposób wiarygodny - nie tylko jako oficera śledczego, ale także jako kobietę. Czy kogoś w takim przypadku zdziwi fakt, iż ta damska psychologia w męskim wydaniu skutkuje tym, iż pani komisarz jest czepialską zołzą? Tak, Viviane Lancier to uosobienie nowoczesnej starej panny, szanowanej i dobrze radzącej sobie w pracy, walczącej z kilogramami, mającej wiele obiekcji co do swojego wyglądu, nieprzepadającej za innymi kobietami, potrafiącej uprzykrzać życie bez powodu. Ale – o dziwo – z psychologią pani komisarz autor poradził sobie dosyć dobrze. Gdy wybaczymy mu pewne uproszczenia, zauważymy lekką karykaturalność tej postaci i docenimy umiejętne żonglowanie stereotypami, to w sumie nie ma podstaw do formułowania cięższych zarzutów. Odrobinę gorzej poszło pisarzowi z innymi kobietami, ale zapewne wystarczyła mu aż nadto jedna niewiasta do poskromienia, więc pozostałe są potraktowane albo bardzo jednowymiarowo, albo są po prostu wrednymi jędzami, a ogólnie to ich udział w opisywanych wydarzeniach jest mocno drugoplanowy. Zaskakuje natomiast nieco in minus kilka bardziej „męskich” momentów. Dla przykładu - dwa pośrednio ze sobą powiązane wątki dotyczą przestępcy ściganego przez Europol oraz byłego partnera pani komisarz, będącego jednocześnie sędzią śledczym, orzekającym także w jej sprawach. Do sprawy głównej wątki te nie wnoszą niczego, mogłyby natomiast stanowić ciekawe tło dla intrygi kryminalnej związanej z zabójstwem kloszarda. Jednak jako niezależne historie z życia pani komisarz zostały one potraktowane zbyt powierzchownie, by czytelnik miał szanse przejąć się nimi na poważnie. Dodatkowo, niezrozumiały jest w ogóle fakt, że były pani komisarz jest w stanie popełnić poważne uchybienie proceduralne lub też przyczynić się do uniewinnienia człowieka odpowiedzialnego za śmierć funkcjonariusza policji, tylko po to, by zrobić jej na złość. Pomijając nawet, że to właśnie Viviane miała poważne powody do zemsty, zachowanie sędziego śledczego jest bardzo mało wiarygodne - przecież chodzi o przestępcę ściganego przez Europol, czy o człowieka, który spalił policjanta żywcem. Dwie takie wpadki sędziego śledczego nie mogłyby pozostać bez konsekwencji, a w dodatku, on to wszystko zrobił z przyczyn osobistych, bez szacunku dla ludzkiego życia, ze świadomością, że jego byłej partnerce będzie groziło niebezpieczeństwo. Gdyby ten wątek był bardziej rozwinięty, może autorowi udałoby się zawrzeć w nim coś, dzięki czemu można byłoby poznać głębsze przyczyny tak niedorzecznego zachowania tego bohatera, bo sam fakt zakończenia związku i sposób, w jaki się ono odbyło, to jednak zbyt kiepski powód, by na przykład „potknąć się” na procedurze aresztowania przestępcy ściganego przez całą Europę. Naprawdę, Panowie, jesteście w stanie postawić na szali swoją karierę zawodową z zemsty za to, że zostaliście przyłapani z kochanką na gorącym uczynku i wyrzuceni za drzwi? Jednak „historię pewnej miłości” pani komisarz i sędziego poznajemy w kilkunastu zdaniach, więc nie dowiemy się, czemuż ten zły Ludovic tak się zawziął i uwziął. Ciężko też odszukać zasadność umieszczenia tego wątku w powieści, przydaje on się chyba jedynie do konkluzji, że „podłość ludzka nie zna granic”. Najlepiej więc potraktować zarówno opowieść o byłym partnerze Viviane, jak i o ściganiu przez nią groźnego przestępcy, jako wątki mające na celu przybliżenie nam kilku faktów z jej życia osobistego i kilku cech jej samej – w końcu w pewnej dosyć delikatnej kwestii okazała się być bardziej bezwzględna, niż mężczyźni, a w pracy znosić musi nie tylko morderców i inne kanalie, ale także jej byłego, który może wywinąć jakiś niespodziewany numer.

W trakcie rozwiązywania zagadki zbrodni za panią komisarz nieco ciężko nadążyć, ale nie dlatego, że jest tak utalentowanym śledczym, który zaskakuje czytelnika swoją przenikliwością i dociekliwością. Przeciwnie – wykazuje ona niezbyt wiele autorskiej inicjatywy, daje się ponieść prądowi wypadków i tak to jakoś leci, aż do końca. Momentami można wręcz odnieść wrażenie, że jeśli zabierzemy pani komisarz jej osobiste atrybuty i malowniczość tej postaci, to szybko dojdziemy do wniosku, że pod względem zawodowym daleko jej do mistrzów gatunku, a jej największą zaletą jest to, że potrafi rozstawiać po kątach siedmiu facetów. Na szczęście, to nie sztuka dedukcji jest najważniejsza w trakcie tego dochodzenia, a sama intryga kryminalna jest bardzo dobrze skonstruowana przez autora. Georges Flipo zgrabnie połączył w jej ramach kilka wątków i w ciekawy sposób skrzyżował losy kilku postaci. Początkowo wydawać się może, że mamy do czynienia z klątwą odnalezionego sonetu, a włączenie w dochodzenie sił wyższych niebezpiecznie kojarzy się z modnymi w ostatnich latach sensacjami spod znaku tajemnic z przeszłości. Na szczęście autor dosyć szybko obśmiewa ten wątek („rozmowa” Viviane z zaświatami), więc wracamy na ziemię, do szarej, codziennej, zimowej rzeczywistości XXI-wiecznego Paryża. W śledztwie dzieje się dużo, współpraca pani komisarz z młodym porucznikiem układa się coraz lepiej, w sprawie pojawiają się nowe, niezwykle intrygujące osoby, wścibskie media rzucają się na sprawę sonetu niczym hieny, a akcja toczy się coraz bardziej wartko. Gdy już zbliżamy się do „szczęśliwego” końca (okupionego kilkoma ofiarami), pani komisarz musi wziąć sprawy tylko w swoje ręce. I tutaj następuje coś, czego ciężko spodziewać się po policjantce, zwłaszcza w tych okolicznościach. Trudno racjonalnie i przekonująco uzasadnić zachowanie pani komisarz przy rozwiązywaniu ostatniej zagadki. Nie da się go wytłumaczyć chęcią szybkiego zakończenia śledztwa czy obawą o wycofanie zeznań. Autor próbował to jakoś umotywować za pomocą względów osobistych, ale wypadło to dosyć mętnie. W związku z tym, że „przyjacielska przysługa” pani komisarz nie miała większego znaczenia dla zamknięcia intrygi, czy tez dalszego ciągu losów pozostałych bohaterów, podejrzewam, że Georges Flipo po prostu nie mógł oprzeć się pokusie i postanowił wywołać u czytelnika szok za pomocą efektownego zakończenia. Ten zgrzyt na szczęście nie zniechęca do sięgnięcia po kolejną powieść z Viviane Lancier kierującą dochodzeniem, jednak mam nadzieję, że tego typu efekty specjalne zostały już w niej czytelnikowi oszczędzone.

Żeby jednak nie kończyć tak ponuro, warto przytoczyć kilka zaczepek, które autor skierował w stronę czytelników. Pani komisarz „lubiła powieści kryminalne, ale nie literaturę”, zamierzała wygarnąć Augustinowi Monotowi „co sądzi o Herkulesie Poirocie, literaturze kryminalnej i jej czytelnikach”, no i nie czytała Wiktora Hugo, gdyż „jako książki do poduszki wolała kryminały. Albo kodeks karny”. Tak, w takim to doborowym towarzystwie umieścił nas, czytelników kryminałów, Georges Flipo (tudzież panią komisarz w towarzystwie naszym). Oczywiście, to nie jedyne humorystyczne akcenty powieści, gdyż jest ona utrzymana w dosyć komicznym tonie, chociaż nie do wszystkiego da się podejść z przymrużeniem oka. Georges Flipo wyraźnie pobawił się kryminałem, dzięki czemu jego książka zyskała w przeważającej części komediowy charakter. Odzywki pani komisarz, jej komentarze „w myślach”, zabawne sytuacje, celne pointy czy niektórzy bohaterowie wywołają niejedno parsknięcie śmiechem podczas lektury. Nawet te problemy rodem z Bridget Jones są całkiem sympatyczne. Po puszczeniu autorowi płazem kilku niedociągnięć w momentach większej powagi, otrzymujemy kawałek niezłej powieści, w którą łatwo dać się wciągnąć już od pierwszych jej stron.

2014/02/02 19:11:33

Szczegóły wpisu

Tagi:
Autor(ka):
letniewino
Czas publikacji:
niedziela, 02 lutego 2014 19:11

Polecane wpisy

Komentarze

Dodaj komentarz

  • mmzd napisał(a) komentarz datowany na 2014/02/02 21:04:54:

    Aż się chce przeczytać !!:)
    pozdrawiam
    eM

  • letniewino napisał(a) komentarz datowany na 2014/02/03 12:25:13:

    Warto przede wszystkim dla samej pani komisarz - szczególnie kobiety jej postać powinna zaintrygować, w końcu o babskich problemach i kompleksach pisze facet ;) Pozdrawiam serdecznie.

Dodaj komentarz