Dobry kryminał nie jest zły

Wpis

poniedziałek, 09 marca 2015

"Morderstwo w Boże Narodzenie"

Dla zbrodni nie ma dni wolnych od pracy, więc Boże Narodzenie jest czasem równie dobrym, jak każdy inny, by stać się ofiarą morderstwa. Zwłaszcza, jeśli wysoce prawdopodobne jest, iż ofiara sama i niemal z premedytacją ściągnęła nieszczęście na własną głowę.

 

Na pierwszy rzut oka wszystko jest niezwykle typowe – senior zacnego rodu prosi najbliższych członków rodziny, by spędzili wspólnie z nim zbliżające się Boże Narodzenie. Czy jest coś dziwnego w tak wzruszającej prośbie głowy rodziny, która być może przeczuwa, iż są to jej ostatnie święta? Rodzina przybywa więc na miejsce w całości, każdy członek bez wyjątku, a nawet z pewnymi naddatkami. I tu zaczynają się schody. Okazuje się, że z czterech braci tylko dwóch widywało ojca regularnie, a relacje między nimi są dalekie od poprawnych. Jeden z nich zyskał sławę zakały rodziny i uciekł z pewną sumą pieniędzy, przez 20 lat dając znak życia tylko wtedy, gdy potrzebował dalszych środków finansowych. Drugi odszedł po śmierci matki, którą kochał nad życie i o której śmierć obwiniał ojca, żywiąc do niego przy tym co najgorsze uczucia. Trzeci zrobił jakąś tam karierę polityczną, jednak wraz z rozrzutną żoną pozostał na utrzymaniu ojca. Czwarty mieszka z ojcem, swoim podporządkowaniem i godnym podziwu poświęceniem starając się, by jesień jego życia była dla niego jak najbardziej znośna, nienawidząc przy tym marnotrawnego utracjusza i mając dosyć chłodne stosunki z pozostałymi braćmi. Dodajmy do tego nigdy nie widzianą wnuczkę pół-Hiszpankę oraz syna bliższego przyjaciela sprzed lat i okaże się, że senior postanowił przygotować sobie z okazji świąt istny tygiel mniej lub bardziej skrywanych emocji, namiętności, urazów, żalów, pretensji, roszczeń, które w większości wymierzone były w jego osobę. I nie zamierzał na tym poprzestać – Simeon Lee nie był dobrodusznym staruszkiem, pragnącym pogodzić rodzinę przed swoim odejściem. Wręcz przeciwnie, on marzył o tym, by te święta były nadzwyczajne, niesamowite, tak inne od jego codziennej, nudnej egzystencji, zupełnie niezgodnej z jego prawdziwą naturą. Zebrał więc tych wszystkich ludzi po to, by się ich kosztem i kosztem ich uczuć zabawić. Złośliwy, pozbawiony skrupułów, cyniczny, pewny siebie, także nieco rozgoryczony, ale nie żałujący żadnej krzywdy, którą uczynił, był pewien, że urządzi sobie przednią rozrywkę rozgrywając te wszystkie emocje wśród gości i domowników. Chciał im dopiec, poniżyć ich, wytknąć każdemu z osobna i wszystkim razem ich słabości, których nie mógł znieść. Nie przewidział tylko jednego – że w tym całym zamieszaniu ktoś znajdzie okazję ku temu, by go zamordować.

„Morderstwo w Boże Narodzenie” (inny polski tytuł: „Boże Narodzenie Herculesa Poirot”) to wydana po raz pierwszy w 1938 roku powieść Agathy Christie, w której od razu rzuca się w oczy dosyć oryginalna dedykacja. Autorka dedykuje książkę swojemu szwagrowi Jamesowi, który – jak wynika z jej słów – uznał, że ostatnie jej zbrodnie stały się „zbyt wyrafinowane, by nie rzec anemiczne”. Jednocześnie i adresatowi dedykacji, i pozostałym czytelnikom, pisarka daje do zrozumienia, że w tej zbrodni krwi nie zabraknie.

Autorka nie rzuca słów i dedykacji na wiatr. Gdy odnaleziono ciało Simeona Lee, jedna z jego synowych, wstrząśnięta widokiem zwłok i miejsca zbrodni, posługuje się cytatem z Makbeta „Och, kto by przypuszczał, że ten starzec miał w sobie tyle krwi?...”. Miejsce zbrodni to miejsce krwawej kaźni – krew, pobojowisko, zdemolowany pokój… Jednak włączony niejako przy okazji w sprawę Poirot od razu zauważa sztuczność tej sytuacji: litry krwi, poprzewracane meble, wyraźne ślady wielkiej walki, a zamordowany został mały, stary, niezbyt silny człowiek. Detektywowi przychodzą do głowy dwa wyjaśnienia – morderca celowo wykonał bonusową inscenizację i posłużył się z niewiadomego jeszcze powodu jakimiś dodatkowymi środkami, by wywołać odpowiednie wrażenie lub też faktycznie był równie słaby jak ofiara, więc konieczna była destrukcyjna walka. Zanim mały Belg rozstrzygnie tę kwestię, skupi się jednak na ofierze, stwierdzając, iż „charakter ofiary ma zwykle podstawowe znaczenie dla czynów kryminalnych”. I szybko dojdzie do wniosku, że zamordowany senior rodu Lee posiadał charakter wybitnie sprzyjający dokonaniu na nim różnych czynów kryminalnych. Już podczas przesłuchań okazuje się, iż niedługo przed śmiercią starszy pan w kilka minut zdążył obrazić niemal całą rodzinę, dotknąć kilku bolesnych spraw z przeszłości, wywołać niepewność co do spraw spadkowych, a najcieplejsze uczucia okazywał długo niewidzianemu „synowi marnotrawnemu” oraz nikomu nie znanej do tej pory hiszpańskiej wnuczce. W wielu głowach słowa Simeona wywołały spory zamęt, a co wrażliwsi nie potrafili skryć targających nimi emocji. Więcej szczegółów Poirot pozna podczas prywatnych rozmów z domownikami i gośćmi, którzy w sposób mniej lub bardziej świadomy zdradzać mu będą różne fakty z życia rodziny i jej głowy. Jednak nie można oprzeć całego dochodzenia wyłącznie na wnioskach płynących z odkrywania mniej przyjemnych cech charakteru ofiary, zwłaszcza że zamordowany był właścicielem diamentów o sporej wartości, przechowywanych dosyć nieroztropnie we własnym pokoju, co mogło sugerować motyw rabunkowy. Poirot zwróci więc uwagę i na znalezione na miejscu zbrodni dowody, i na pewne krętactwa w niektórych zeznaniach, i na prawdopodobieństwo psychologiczne u poszczególnych podejrzanych. Jednak znany detektyw nie po to angażuje się w sprawę, by wykonywać rutynowe czynności, czy wyciągać wnioski, które mógłby wysnuć pierwszy lepszy śledczy. Tylko on jest w stanie odkryć to i owo na podstawie praw Mendla, zrozumieć rozterki starego służącego martwiącego się o swój własny wzrok oraz… odczuć konieczność zakupu sztucznych wąsów. I stwierdzić z całą pewnością, że jednak centralne ogrzewanie ma ogromną przewagę nad kominkiem.

Czy szwagier Agathy Christie, pragnący przeczytać o „solidnej, krwawej zbrodni”, poczuł się ukontentowany po zapoznaniu się z dedykowaną mu powieścią? Zależy, co miał na myśli, zdradzając swoje preferencje. Zbrodnia faktycznie jest krwawa, ale wynika to tylko i wyłącznie z ilości krwi, którą na jej miejscu pozostawiono. W rzeczywistości okazuje się, iż nie była aż tak brutalna, na jaką mogła wyglądać, więc jeśli adresat dedykacji poszukiwał więcej twardej i dosłownej przemocy, to mógł nie być usatysfakcjonowany. Morderstwo Simeona Lee jest w jakimś stopniu wyrafinowane pod względem całego planu, a sam bezpośredni sposób jego dokonania to w sumie klasyka kryminału (i to nie tylko tego książkowego). Powieści wydane krótko przed „Morderstwem w Boże Narodzenie” to „I nie było już nikogo”, „Rendez-vous ze śmiercią”, „Niemy świadek”, „Śmierć na Nilu”, „Karty na stół”. Ofiary zbrodni opisanych w tych książkach były otrute, zastrzelone lub… zostały wywiezione na pewną wyspę i miały problem. Był też zasztyletowany mężczyzna, jednak został on pozbawiony życia podczas snu. Może szwagrowi Agathy Christie brakowało walki wręcz i pewnej konfrontacji mordercy z ofiarą, co w tej książce miało miejsce i w tym ujęciu mogło stanowić wyjście naprzeciw jego oczekiwaniom. Jednak najprawdopodobniej do kwestii dedykacji należy podejść z przymrużeniem oka – chciałeś, mój drogi szwagrze, dużo krwi? Proszę bardzo, na miejscu zbrodni znajdziesz jej aż za dużo. I to dosłownie.

2015/03/09 00:56:21

Szczegóły wpisu

Tagi:
Autor(ka):
letniewino
Czas publikacji:
poniedziałek, 09 marca 2015 00:56

Polecane wpisy

Kalendarz

Lipiec 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            

Kanał informacyjny