Dobry kryminał nie jest zły

Wpis

niedziela, 10 kwietnia 2016

"Niedziela na wsi"

Lady Angkatell miała poważny kłopot, związany z niezbyt fortunnym doborem gości na pewien towarzyski weekend w wiejskiej posiadłości. Problem był tak skomplikowany, iż wymagał pilnych konsultacji o szóstej rano z pogrążoną w głębokim śnie kuzynką. Jednak nawet tak przejęta i świadoma zagrożenia lady Angkatell nie spodziewała się, że jeden gość opuści jej posiadłość martwy.

 

Głównym, choć nie jedynym, zmartwieniem lady Angkatell była żona znanego, londyńskiego lekarza Johna Christowa. Była to dobra, poczciwa i oddana mężowi kobieta, niestety, nie była ona zbyt inteligentną osobą. Sprawiała wrażenie niezwykle wolno myślącej i niezbyt rozgarniętej, podjęcie najbardziej błahej decyzji sprawiało jej trudność. Jednocześnie, Gerda Christow była świadoma własnych ograniczeń i było jej wyraźnie przykro, gdy jej zachowanie było niezręczne w towarzystwie. W związku z tym, iż wolny czas u Angkatellów spędzano głównie na różnorodnych grach i szaradach towarzyskich oraz prowadzono intensywne konwersacje, które wymagały lotnego umysłu, Gerda męczyła się u Angkatellów niemiłosiernie, z czego wszyscy zdawali sobie sprawę. Sytuację miała ratować Henrietta Savernake – utalentowana rzeźbiarka, kobieta na poziomie, z dużym wyczuciem i empatią, zawsze chętnie idąca Gerdzie z pomocą w trudnych sytuacjach towarzyskich. Jednak Henrietta nie robiła tego z czystej bezinteresowności, artystka była kochanką Johna, u której szukał on wytchnienia od uległej, niezdarnej, pozbawionej inteligencji i podporządkowanej mu całkowicie Gerdy. Henrietta i Gerda nie były jedynymi kobietami, którymi John zajmował się w tamtym momencie. Wciąż męczyły go wspomnienia o jego pierwszej wielkiej miłości, którą musiał porzucić, gdy okazało się, że przekłada ona własne szczęście i karierę nad wszystko inne, w tym także nad jego marzenia, pragnienia i plany. Pozornie niezwykły zbieg okoliczności sprawił, że podczas wizyty u Angkatellów żona, kochanka i dawna, wciąż niedająca o sobie zapomnieć ukochana nagle znalazły się w jednym pomieszczeniu. Trzeba bardzo dużego wyczucia i wyobraźni, żeby z takiej sytuacji wyjść z twarzą i nie dać nikomu powodów do żadnych pretensji. Johnowi Christowowi tego wyczucia i wyobraźni zabrakło. Ale chyba nikt nie spodziewał się najgorszego, z przyszłym mordercą włącznie. Gdy nazajutrz na umówioną godzinę na obiad do Angkatellów dotarł Hercules Poirot, mógł być on jedynie świadkiem ostatnich kilku minut życia Johna Christowa, który konał postrzelony nad basenem.

W wydanej po raz pierwszy w 1946 roku powieści o oryginalnym tytule „The Hollow”, Agatha Christie wysłała Poirota na wieś. Buty się brudzą, na ubrania spadają pyłki, domy w sąsiedztwie są nie w jego stylu, wszędzie brakuje symetrii, a do tego patrząc na umierającego mężczyznę jest on przekonany, iż jego sąsiedzi zapraszając go na obiad postanowili go w wątpliwy sposób rozerwać inscenizując morderstwo. Gdy detektyw orientuje się, że mężczyzna autentycznie krwawi, a nad nim stoi jego żona z mało rozgarniętym wyrazem twarzy i rewolwerem w ręku, nie pozostaje mu nic innego, jak tylko próbować zaobserwować i zapamiętać najwięcej, jak się tylko da. Mimo to, przez cały czas trwania dochodzenia będzie on poirytowany faktem, iż wszystko wygląda na jakąś inscenizację, a on jest przez kogoś zręcznie oszukiwany. Nie bez powodu.

W serwisie zbrodniczesiostrzyczki.pl, gdzie zamieszczono opinię o powieści, znalazłam stwierdzenie, iż „Agatha Christie napisała powieść w duchu feministycznym”. W pierwszej chwili postanowiłam stanowczo zaprotestować – no w jaki sposób feministycznym, skoro niemal wszystkie istotne dla powieści bohaterki (poza lady Angkatell) albo usychały z dziwnej miłości do ofiary, z powodu której zaprzepaściły kawał swojego życia (sztuk trzy), albo usychały z miłości do mężczyzny nieszczęśliwie zakochanego w jednej z kobiet, które zaprzepaściły kawał swojego życia z miłości do ofiary (sztuk jedna). Ale po przeczytaniu całości opinii, z której kontekstu wyjęłam zacytowane zdanie, nie wypada mi się nie zgodzić. Każda z tych kobiet na swój sposób walczy o własne szczęście, każda żyje tak, jak uważa za słuszne z jej punktu widzenia, każda jest o wiele bardziej ważna dla całości opowiedzianej historii, niż – co z bólem stwierdzić trzeba – Hercules Poirot i wszyscy mężczyźni razem wzięci (poza ofiarą). Tak, naszemu ulubieńcowi lady Agatha tym razem postanowiła spłatać figla i uczynić go kimś w rodzaju powiernika kobiecych sekretów oraz słuchacza opinii równie mało istotnego dla całej sprawy inspektora Grange’a. Zapewne żeby nieco udobruchać fanów Małego Belga, autorka na koniec powierzyła mu misję ratowania niewinnego w sumie życia oraz pozwoliła mu na potwierdzenie, iż doszedł on do właściwych wniosków bez niczyjej pomocy i zdradzania sekretów. A wspomnieć należy, iż mało brakowało, żeby Poirot miał wyłożone wszystko kawa na ławę przez jedną z zamieszanych we wszystko osób.

Centralnym punktem jest tu John. Tak, to imię przeczytacie nieskończoną ilość razy. John, John, John. John lubi to, John nie znosi tamtego, John jest taki i owaki, John to w ogóle niedościgniony ideał, o którym można marzyć przez 15 lat, a potem próbować prośbą i groźbą zmuszać do bycia ze sobą, nawet gdy jest się gwiazdą kina o światowej sławie. Po śmierci Johna jest to samo, tylko w czasie przeszłym, z dodanym zapytaniem, jak żyć i radzić sobie bez niego. Ciężko patrzy się na Johna przez pryzmat zakochanych w nim kobiet. Ich uwielbienie, czasem bezkrytyczność, a czasem wybaczanie wszystkiego wbrew krytyce, trzymanie się go kurczowe, jakby świata poza nim nie było (lub nieudane szukanie świata poza nim), usprawiedliwianie jego niesprawiedliwości, jego złych zachowań, jego niewdzięczności, to wszystko zaczyna w pewnym momencie być męczące dla czytelników. My nie widzimy w nim niczego nadzwyczajnego, poza pewnymi sprawami zawodowymi i opieką (nie bezinteresowną przecież!) nad panią Crabtree. Ot, dobry, inteligentny lekarz, mający lepsze i gorsze momenty, nieznośny dla pogrążającej się żony, dosyć przedmiotowo traktujący kochankę, z ciągle tlącym się, bliżej niezidentyfikowanym uczuciem do byłej narzeczonej, którą sam zostawił wiele lat temu. Powinien sprawiać wrażenie człowieka zamkniętego, niedostępnego, nieradzącego sobie z emocjami, pozbawionego empatii i nieczułego do szpiku kości, ale Agatha Christie wyposażyła go w jakąś ponadnaturalną chęć życia, w jakiś taki wigor, który sprawiał, iż – jak to zauważył Poirot – nawet konając był pełen życia, czym przyćmił otaczających go bliskich: „Tylko umierający był w pełni żywy”. Czy może więc dziwić fakt, iż wyposażony w taką właściwość człowiek przyciągał na – dosłownie – śmierć i życie tak zróżnicowane osobowości, jak żona, kochanka i była narzeczona? Wygląda to na wykonany z pełną premedytacją zabieg autorki: w końcu tylko dzięki spojrzeniu na Johna z perspektywy kochających go kobiet nie dziwi fakt, czemu w końcu komuś rozsypał się cały budowany na uwielbieniu do Johna świat, gdy John zrobił coś, czegoś robić co do zasady nie mógł, nie powinien, nie było to w ogóle do pomyślenia. A do czego jest zdolna kochająca nad życie kobieta, która w sposób nagły i okrutny zostaje pozbawiona wieloletnich ideałów... Nawet John zrozumiał to umierając, gdy próbował jeszcze podjąć pewne kroki na przyszłość, by ratować, co się da.

John jest więc spiritus movens historii, natomiast spośród niezamordowanych w kategorii bohaterów charakterystycznych prym wiedzie ktoś inny. Pod tym względem cały show kradnie lady Angkatell, którą do końca nie wiadomo, jak ocenić. Trajkocząca trzy po trzy wiejska szlachcianka oceniająca siebie wyżej, niż powinna w rzeczywistości? Ponadnormatywnie roztrzepana pani dobrego domu, wykazująca pewne zaburzenia psychiczne, ratowana z tarapatów przez bliskich i służbę? Rozentuzjazmowana miłośniczka plotek i sensacji, wreszcie przeżywająca we własnym domu historię rodem z brukowca? Bardziej przebiegła i inteligentna, niż się mogłoby wydawać, złośliwa żmija? Czy może jednak całkiem sensowna osoba, która chce uchodzić za dobrze wychowaną, ale jej naturalna skłonność do szczerości (ubranej w dziwne, ale niekoniecznie pozbawione logiki metafory) zaprzepaszcza cały wysiłek? Jedno jest pewne – nieważne czy pani Angkatell jest którymś z powyższych typów osobowości, czy wszystkimi po trochu na raz. Jej urok osobisty, czar i zdolność do zjednywania sobie ludzi sprawiają, iż „ludzie na całym świecie, zagraniczni potentaci, przedsiębiorcy i urzędnicy rządowi byli gotowi znosić dla niej niewygody, nieprzyjemności i przykrości”. Doprawdy, ciężej wyobrazić sobie osobę wprowadzającą większy rozgardiasz nie tylko w prowadzone śledztwo (nikt z bliskich nie zdziwił się faktem, iż idąc po jajka wzięła ze sobą pistolet i nie potrafiła wyjaśnić, po co) ale również w życie ogólne (mało kto był w stanie na bieżąco śledzić pięć myśli, o których zaczynała mówić na raz, by skończyć opowieścią o dziesięciu innych). Nawet inspektor i Poirot dali się skołować, chociaż szybko zidentyfikowali oni źródło zagrożenia i sposób jego działania. John wiedział, gdzie dać się zabić, by sprawca nie mógł być zbyt łatwo zidentyfikowany.

John przeczuł wszystko. Własną śmierć. Wielkie uczucie do kobiety, którą na co dzień – zdawało się – najmniej się zajmował. Pragnienie posiadania prawdziwego domu. A nawet to, że ktoś po jego śmierci będzie musiał spersonifikować swoją żałobę…

2016/04/10 00:37:17

Szczegóły wpisu

Tagi:
Autor(ka):
letniewino
Czas publikacji:
niedziela, 10 kwietnia 2016 00:37

Polecane wpisy

Kalendarz

Lipiec 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            

Kanał informacyjny